czwartek, 7 kwietnia 2016

Odcinek 5

*    *    *

Następnego dnia rano okazało się, iż Greta nie da rady pójść na zawody, ponieważ czekał ją dyżur w przychodni, od godziny dziesiątej do siedemnastej, mimo iż była to sobota. W związku z tym Marie też chciała odpuścić, ale po pierwsze, ciotka stanowczo nakazała jej iść, a po drugie, sama nie chciała sprawiać Peterowi zawodu.
– A w ogóle, jak było wczoraj? – zapytała Greta, przyrządzając sobie jeszcze kanapki na wynos, podczas gdy Marie lekko przysypiała nad kubkiem kawy. Boże, jakim cudem ciotka mogła być tak rześka po ciężkiej nocy asystowania przy porodzie i kilku godzinach snu?
– Panna cotta zjedzona, wino wypite, skoki obgadane – mruknęła dziewczyna. – Poza tym nic fascynującego.
Obojętnie, co sobie wyobrażałaś.
– Długo siedzieliście?
– Do jedenastej. Peter dostał SMS– a od kolegi, że trener go szuka.
– Aha. Ale chyba był zadowolony?
– Myślę, że tak.
– To dobrze. Okej, Marie, ja uciekam. – Greta włożyła kanapki do plastikowego pojemnika. – Baw się dobrze i dopinguj gorąco.
– Uhm, jasne.
Gdy Greta wyszła, Marie wsypała kotu garść chrupek do miski, a dla siebie przygotowała musli z jogurtem. Nie było już sensu kłaść się spać. Popijając musli resztką kawy, sięgnęła po telefon, by sprawdzić, co ciekawego na Facebooku i Twitterze. Na tym pierwszym czekało na nią jedno zaproszenie do znajomych.
Peter Prevc.
O cholera!
Sen natychmiast jej przeszedł i przez kilkanaście sekund siedziała, wpatrując się w wyświetlacz.
To musiało być wysłane z prywatnego konta. Wspominał poprzedniego dnia, że takie posiada, oprócz oficjalnego fanpage'a – ale z niego nie da się przecież zapraszać znajomych.
Nigdy nie przyjmuj zaproszeń od facetów od razu, w głowie odezwały się jej słowa przyjaciółki, Celine. Choćbyś skakała po pokoju z radości, NIE PRZYJMUJ. Niech myślą, że ci nie zależy.
Ale Marie nie była tak wyrachowana. W takie głupoty mogłaby bawić się w podstawówce (gdyby w tamtych czasach istniał Facebook), a nie teraz, w wieku dwudziestu ośmiu lat. Potwierdziła zaproszenie.
Prevc musiał być niezwykle ostrożny w swoim wirtualnym życiu, bo znajomych miał tylko stu osiemdziesięciu czterech. Z pewnością nikt, kto nie był w owym „elitarnym” gronie nie miał poglądu jego tablicy. Marie przejechała trochę w dół, ale w zasadzie nie było tam niczego wyjątkowego. Sporo o skokach i treningach, parę zdjęć zrobionych chyba podczas wypraw w góry, jakieś selfie z siostrą Niką (i dwoma parami nart)... Raz wstawił piosenkę jakiegoś słoweńskiego zespołu. No i większość postów była pisana po słoweńsku, co znaczyło, że wśród znajomych ma głównie swoich krajan. W zasadzie trochę ją zdziwiło, iż wysłał jej zaproszenie – a tym samym wpuścił do swojego prywatnego świata – po zaledwie jednym dniu znajomości. Najpierw numer telefonu, teraz to... Ale to jego decyzja.
W każdym razie, nie zamierzała zasypywać go postami czy wiadomościami. A tym bardziej udostępniać czegokolwiek z jego tablicy. Okazał jej zaufanie i nie chciała go zawieść.
Wysłała tylko priva:
Dzięki za zaproszenie:) Nie spodziewałam się. Miłego dnia:)”
Marie spędziła sobotę w domu, próbując trochę popracować, a nawet przyrządziła dla Grety obiad (łatwy w wykonaniu i w jej opinii nawet zjadliwy). Wczesnym popołudniem ubrała się i pojechała do Sporthotel, by odebrać akredytacje.
Zgodnie z obietnicą Petera, wejściówki czekały na nią na recepcji. Dwie plakietki na czerwono–niebieskich smyczach, z nazwiskami i dopiskiem TEAM.
Ładny ze mnie team, pomyślała z przekąsem. Nawet nie znam nazwisk zawodników.
Podziękowała recepcjonistce, schowała akredytacje do torby i pojechała pod skocznię. Ciężko było znaleźć miejsce, by zaparkować, wszystko w pobliżu obiektu było pozajmowane, ale Marie nie miała nic przeciwko dłuższemu spacerowi w to ciepłe, słoneczne popołudnie. Trochę wiało, jednak chyba nie na tyle, by konkurs mógł być zagrożony.
Wiele już lat minęło, odkąd była na Mühlenkopfschanze po raz ostatni, jeszcze z wujkiem Günterem. Wtedy jednak był styczeń, skocznia pokryta śniegiem, a ludzie na trybunach, opatuleni w ciepłe kurtki, popijali gorącą herbatę, by trochę się rozgrzać. Teraz atmosfera przypominała raczej letni piknik. Wszędzie było pełno stoisk z kiełbaskami i napojami, a także niezbędnym wyposażeniem kibica. Wśród kolorów na gadżetach przeważało złoto, czerwień i czerń Niemiec, ale nie brakowało również barw austriackich, polskich, słoweńskich, norweskich... Te ostatnie były chyba szczególnie popularne wśród młodych dziewczyn, jak zauważyła Marie.
Po chwilowych poszukiwaniach odnalazła wejście na przeznaczony dla niej sektor. Mężczyzna przy bramce, sprawdzający bilety lub zaproszenia, przez chwilę analizował ze wszystkich stron jej akredytację, jakby podejrzewając podstęp, ale finalnie wszystko okazało się w porządku i Marie weszła na trybuny. Musiała przyznać, że widok na skocznię był doskonały, podobnie jak możliwość przyglądania się zawodnikom już po zatrzymaniu, a nawet w chwili, gdy schodzili ze skoczni i udawali się w kierunku swoich „domków”. Peter naprawdę wyświadczył jej ogromną przysługę.
Ten łosoś i brokuły chyba nie były aż tyle warte, pomyślała ze śmiechem.
Napisała też SMS–a do Petera.
Odebrałam akredytacje i jestem już na miejscu. Niestety ciocia nie mogła przyjść, ma dyżur, będzie jutro. Powodzenia od nas obu:)”
Peter chyba nie miał zbyt wiele czasu, bo w odpowiedzi przesłał jedynie uśmieszek, ale i to było miłe.
Marie postanowiła dobrze się bawić, mimo, iż była tu sama, nie miała z kim porozmawiać i nie do końca orientowała się w aktualnym stanie skoków narciarskich. Trochę nietypowy był dla niej widok pokrytego zielonym igelitem zeskoku oraz kibiców w koszulkach z krótkimi rękawkami, jednak wesoła atmosfera, okraszona dyskotekową muzyką dobiegającą z głośników, szybko się jej udzieliła. Przyszła już po kwalifikacjach, zatem wkrótce rozpoczęły się zawody, które oglądała, popijając zimny sok pomarańczowy. Zrobiła nawet trochę zdjęć, a jedno, opatrzone komentarzem „Wyskokowe popołudnie ;)” wrzuciła na Facebooka. A co tam!
W końcu nadeszła kolej na Petera, zajmującego aktualnie czwartą lokatę w klasyfikacji generalnej. Słoweniec wylądował na 132 metrze, plasując się po swoim skoku na trzecim miejscu. Nie był chyba wyjątkowo usatysfakcjonowany, gdyż Marie na telebimie zauważyła jego kwaśny grymas. Gdy skoczyło trzech pozostałych zawodników, znalazł się ostatecznie na szóstej pozycji.
Peter szósty po 1. serii, trzymaj kciuki w drugiej”, napisała do ciotki, która prosiła ją rano, by donosiła na bieżąco, co dzieje się na zawodach i jak sobie radzi jej nowy znajomy.
Greta trzymała chyba średnio, bo Peter skończył rywalizację na piątym miejscu. Gdy schodził ze skoczni po swojej drugiej próbie, Marie pomachała do niego, ale chyba nie zauważył, bo nawet nie patrzył w tamtym kierunku. Miała tylko nadzieję, iż nie przeżywa swojego występu zbyt dogłębnie. Piąta lokata nie był powodem do wstydu, a poprzedniego wieczoru sam mówił, że letnie zawody są mniej prestiżowe niż sezon zimowy.
Odbyła się dekoracja kwiatowa, zawodnikom, którzy uplasowali się na podium, wręczono jakieś drobne upominki, odegrano hymn (polski, wygrał niejaki Andrzej Stękała) – i pierwszy dzień rywalizacji w Willingen dobiegł końca.
Gdy Marie miała już zbierać się do wyjścia, w jej torbie zawibrował telefon.
Peter P.
Nie wychodź ze swojego sektora. Przyjdę po ciebie”.
Zamrugała szybko. „Przyjdę po ciebie”? A czegóż on mógł chcieć? Odpisała jednak „Dobrze, czekam”.
Minęło może z dziesięć minut, trybuny zdążyły już nieco opustoszeć, gdy dojrzała Petera, idącego od strony boksów zawodników. Dopadły go jakieś młode fanki i rozpoczęła się krótka sesja rozdawania autografów i pozowania do selfie. Gdy dziewczyny wreszcie sobie poszły, Marie czekała już u skraju ławek. Peter zauważył ją i uniósł dłoń w geście powitania. Miał na sobie koszulkę reprezentacji Słowenii, oklejoną nazwami różnych firm, i zwykłe dresowe spodnie, a na głowie czapeczkę z logo sponsora. Wyglądał trochę jak chodząca tablica reklamowa.
– Hej. Przepraszam, że musiałaś czekać. – Przywitał Marie uśmiechem. – Jak ci się podobały zawody?
– Bardzo przyjemne. Dzięki za wejściówkę na super miejsce. A ty jak, zadowolony?
– Średnio – skrzywił się nieco. – Spartaczyłem pierwszy skok, a podczas drugiego miałem kiepskie warunki. Ale może jutro będzie lepiej.
– Na pewno.
– To co? Idziemy?
– A dokąd?
– Mówiłaś wczoraj, że chętnie poznałabyś resztę drużyny, więc pomyślałem... – W jego głosie zabrzmiała niepewność.
– Ojej, nie wiedziałam, że pamiętasz. – Między Bogiem a prawdą, sama o tym zapomniała, ale była zaskoczona, że on zapamiętał. I że przywiązywał aż taką wagę do jej słów. – To bardzo miłe z twojej strony.
Peter był wyraźnie ukontentowany. Marie aż zrobiło się głupio, że wyleciało jej z głowy coś, o co tak naprawdę sama prosiła.
– Szkoda, że twoja ciocia nie mogła przyjść – powiedział Prevc, gdy szli w stronę drewnianych domków, z których każdy służył jako „baza" danej drużyny. – Późno wczoraj wróciła?
– Po drugiej. Ale poród przebiegł podobno wzorcowo. A ty wróciłeś do hotelu bez problemów?
– Tak. Udało mi się nie trafić na trenera – uśmiechnął się.
Peter wolał nie wspominać, że jego współlokator zdążył już wymyślić dobre piętnaście bajeczek, które zamierzał sprzedawać Janusowi, gdyby się okazało, że kolega jednak zdecydował się na opcję "kolacji ze śniadaniem". Ani że był wyraźnie rozczarowany, iż nie miał okazji wypróbować ich skuteczności.
– Cieszę się.
– Szkoda, że twoja ciocia nie mogła przyjść – powiedział Prevc, gdy szli w stronę drewnianych domków, z których każdy służył jako „baza" danej drużyny. – Późno wczoraj wróciła?
– Po drugiej. Ale poród przebiegł podobno wzorcowo. A ty wróciłeś do hotelu bez problemów?
– Tak. Udało mi się nie trafić na trenera – uśmiechnął się.
Peter wolał nie wspominać, że jego współlokator zdążył już wymyślić dobre piętnaście bajeczek, które zamierzał sprzedawać Janusowi, gdyby się okazało, że kolega jednak zdecydował się na opcję "kolacji ze śniadaniem". Ani że był wyraźnie rozczarowany, iż nie miał okazji wypróbować ich skuteczności.
– To dobrze.
– Pozdrów ode mnie ciocię. Nie miałem okazji podziękować jej za gościnę.
– Przekażę. A jutro przyjdziemy już razem, ma wolne.
– Będę czekał.
Marie rzuciła mu szybkie spojrzenie, ale nie zdążyła już nic powiedzieć, gdyż właśnie dotarli do boksu zajmowanego przez drużynę słoweńską. Na drzwiach naklejona była czerwono–biało–niebieska flaga, a o ścianę stały oparte trzy pary nart.
– Poczekaj chwilę, sprawdzę, czy w środku wszystko przyzwoicie – zaśmiał się Peter. – Wolę cię nie narażać na widok któregokolwiek z nich w negliżu.
– Nie chciałabym biedaków peszyć!
Peter zniknął za drzwiami, a po kilkunastu sekundach wytknął głowę z powrotem i zawołał Marie do środka.
Domek wewnątrz pozbawiony był większych wygód, ot, drewniany stolik, kilka ławek, czajnik, trochę napojów i owoców w podłużnych misach. Panował rozgardiasz, gdyż słoweńscy zawodnicy wszędzie porozkładali swój ekwipunek i nie spieszyli się, by go pakować. Oprócz nich przebywał tam mężczyzna w średnim wieku oraz blondynka, na oko około trzydziestki.
– Chciałbym wam przedstawić Marie – odezwał się Peter, a wszystkie oczy zwróciły się w kierunku ich dwójki. – Wspominałem przy śniadaniu, że nas odwiedzi.
Peter wolał nie uświadamiać Marie, jakie reakcje wśród kolegów wywołała ta informacja. Najpierw zapanowała ogólna konsternacja i wytrzeszcz oczy, potem powymieniali między sobą znaczące spojrzenia, a gdy już odzyskali zdolność mowy, zaczęły się drobne aluzyjki, jakby próbowali wyczuć, na jak wiele mogą sobie pozwolić. Na to ostatnie Peter pozostał głuchy. Gdyby wdał się w dyskusję albo próbował ripostować, rozkręciliby się jeszcze bardziej.
Gdy Peter przedstawił Marie, któryś z chłopaków zagwizdał cicho, za co blondynka poczęstowała go kuksańcem w bok. Francuzka przywitała się ze wszystkimi po kolei uściskiem dłoni, jednak z imion zapamiętała tylko starszego od pozostałych mężczyznę z kolczykiem w brwi (Robert) oraz brata Petera (Domen), reszta się jej pomieszała. Rozmawiali przez chwilę o tym, jak wrażenia po konkursie, jak podoba się im Willingen i o tego typu błahostkach, jakie zwykle porusza się w podobnych sytuacjach, kiedy rozmówcy po raz pierwszy widzą się na oczy. Ogólnie słoweńska ekipa wywarła na Marie bardzo pozytywne wrażenie. Widać było, że mają ze sobą dobry kontakt. Na szczęście wszyscy lepiej lub gorzej mówili po angielsku, zatem nie było barier językowych. Peter, który na początku wydawał się trochę zestresowany – chyba tym, jak jego koledzy zareagują na obecność dziewczyny i czy nie odwalą czegoś głupiego – teraz zachowywał się swobodniej.
Marie zostałaby może dłużej w towarzystwie skoczków, jednak nie minęło dziesięć minut, gdy drzwi domku otworzyły się i bezceremonialnie do środka wszedł dość postawny mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat. Zaczął mówić coś po słoweńsku, gdy nagle jego wzrok spoczął na Marie.
Dziewczyna już chciała się wytłumaczyć, ale ubiegł ją Peter.
– Trenerze, to jest Marie. – Francuzka była mu wdzięczna, że używał angielskiego. – Moja znajoma. Chciałem ją zapoznać z chłopakami.
– Goran Janus, trener reprezentacji – przedstawił się mężczyzna.
– Marie Asther. – Uścisnęła wyciągniętą w jej stronę silną dłoń.
– Nie wiedziałem, że Peter ma znajomych w Willingen.
– W zasadzie to... ehm... znamy się od wczoraj – włączył się Peter, a któryś z jego kolegów parsknął cicho śmiechem. – Pomogłem Marie, gdy miała kłopot z samochodem.
– Aha. – Czy się jej wydawało, czy też słoweński trener spojrzał na nią nieco podejrzliwie? – To miło z twojej strony. Peter, chciałbym omówić z wami dzisiejszy konkurs.
Zrozumiała aluzję natychmiast.
– Już sobie idę. – Uśmiechnęła się, chociaż sytuacja stała się nieco krępująca. W zasadzie była zadowolona, że może stamtąd wyjść. – Miło było was poznać, chłopaki. Powodzenia jutro na skoczni.
Podziękowali jeden przez drugiego, a Marie pożegnała się jeszcze ze wszystkimi skinięciem głowy i wyszła. Nie widziała już, jak dwóch z kolegów Petera unosi kciuki do góry i kiwa głowami w stronę Prevca w geście uznania i aprobaty. I jak Peter przewraca oczami, zdając się mówić „Wiedziałem, że tak będzie”.
Słońce przeszło już wyraźnie na zachodnią stronę nieba, a od strony gór nadciągały ciemniejsze chmury. Pozostawało tylko mieć nadzieję, iż następnego dnia pogoda nie przeszkodzi w rozegraniu konkursu skoków.
Dla Marie było to bardzo udane popołudnie, na którym niewielkim tylko cieniem położyło się spotkanie z trenerem Janusem. Dlaczego spoglądał na nią tak podejrzliwie...?

*    *    *

Niedziela okazała się szczęśliwsza dla Petera Prevca. Słoweniec zajął w zawodach drugie miejsce i Marie mogła obserwować na telebimie jego uśmiechniętą twarz, gdy stawał na podium. Niby druga lokata była jego przekleństwem, ale po ogromnych sukcesach odniesionych w sezonie zimowym raczej nie traktował jej zbyt emocjonalnie. Pewnie znowu kibice pośmieją się trochę w Internecie i wkleją paręnaście memów, jednak Marie była niemal pewna, że Peter nie weźmie sobie tego do serca. Po sobotnim piątym miejscu średni stopień podium w niedzielę mógł stanowić powód do zadowolenia.
– Ma ładny uśmiech – stwierdziła Greta, obserwując dekorację zwycięzców.
Marie tylko mruknęła coś niewyraźnego w odpowiedzi, ale w duszy zgadzała się z nią. Peter naprawdę uśmiechał się bardzo sympatycznie. Cała jego twarz zupełnie się wówczas zmieniała, a oczy stawały się cieplejsze. Na ten widok człowiek automatycznie sam chciał się uśmiechnąć.
Teraz jednak Marie nie było do śmiechu. Zmarzła, bo nie wzięła swetra, a zawody z powodu kapryśnego wiatru przeciągnęły się. Marie nienawidziła zimna; zimno czyniło ją nieszczęśliwą i marudną. Naprawdę, chętnie znalazłaby się już w domu przy Rosenstrasse. Tymczasem gdy ceremonia dekoracji dobiegła końca, Greta, jak gdyby nigdy nic, rozsiadła się na ławce i wyciągnęła z torby paczkę chrupek orzechowych.
– A co ty robisz? – Marie spojrzała na nią zdekoncentrowana.
– Jem. – Greta wzruszyła ramionami. – Przecież widać.
– Owszem, ale dlaczego tutaj? Już po konkursie. Idziemy.
– Dokąd?
– Do domu?
– Tu mi dobrze.
Ta sytuacja zaczęła zalatywać absurdem. Zawody dobiegły końca, skoczkowie rozeszli się do swoich domków, widzowie powoli opuszczali Mühlenkopfschanze, a ciotka Greta rozsiadła się niczym na kwoka na gnieździe i zajada chrupkami.
– Możesz mi powiedzieć, o co ci chodzi?
– O nic, po prostu zgłodniałam.
– Akurat! – prychnęła Marie. I nagle zrozumiała. – Liczysz na to, że Peter przyjdzie!
Ciotka nie dała się zbić z pantałyku, mimo iż ewidentnie została rozszyfrowana, a na dodatek poczęstowana pełnym niedowierzania i nagany spojrzeniem bratanicy.
– A odezwał się?
– Nie. I pewnie nie odezwie.
– Jacy ci młodzi ludzie w tych czasach niecierpliwi. – Greta pokręciła głową. – Chcesz chrupka?
– NIE. Chcę przestać tu siedzieć.
– Na razie stoisz.
Coraz bardziej wkurzona Marie usiadła na ławce obok ciotki. Szczerze mówiąc, nie miała innego wyboru. Przecież nie będzie wyciągać jej z sektora siłą, a tym bardziej nie zostawi tutaj, by pieszo wracała do domu. Najlepiej będzie zwyczajnie przeczekać jej upór. W końcu te diabelne chrupki kiedyś się skończą!
Żeby się czymś zająć, przeglądała Facebooka. Pod wczorajszym zdjęciem ze skoczni miała kilka komentarzy od znajomych.
Celine Garot: a co ty tam robisz? facetów łapiesz? są jakieś ciacha ? ;DD
No tak, cała Celine. Jej życie kręci się wokół mężczyzn.
Marcel Dimarogne: Wracaj do nas! Tęsknimy! Kiedy będziesz we Fr??
Odpisała: „Wracam za jakieś dwa tygodnie. W Tuluzie podobno straszny upał, nie mam ochoty się tam smażyć.” Zimno nie było dobre, ale +35 stopni w cieniu też niekoniecznie.
Fatima Buaronni: To skoki narciarskie? Myślałam, że da się tylko zimą. Na czym oni się ślizgają?
Igelit. Takie zielone, sztuczne coś. Ni to dywan, ni to trawa.”
– Napisał coś? – Ciotka Greta zajrzała Marie przez ramię.
– Nie. – Dziewczyna nawet nie zadała sobie trudu, by usunąć telefon z zasięgu jej wzroku. Greta i tak nie rozumiała po francusku. – Piszę ze znajomymi z fejsa.
Zamknęła aplikację i schowała komórkę do torebki. Większość kibiców zdążyła już opuścić Mühlenkopfschanze, a one nadal okupowały swoje miejsca. Marie była przeświadczona, że gdyby Peter chciał się z nimi zobaczyć, już wcześniej by to zasygnalizował. Nie znosiła czekać na czyjąś łaskę. Miała już dość tej sytuacji, tym bardziej, że słońce zupełnie skryło się za chmurami, a wiatr stawał się z każdą chwilą chłodniejszy. A ciotka zdawała się jeść te cholerne chrupki coraz wolniej!
– Dużo tego jeszcze masz? – Nie wytrzymała.
– Tyle co widzisz. A w torbie mam jeszcze żelki.
Ja pier...!, Marie miała ochotę przywalić głową w ławkę. Greta ewidentnie robiła to specjalnie, na dodatek doskonale się bawiąc.
– Zachowujemy się jak napl... napalallo... Och, wiesz, o co mi chodzi! Jak groupies! Szkoda, że jeszcze pod hotelem nie siedzimy. I zimno mi.
– Ależ ty jesteś marudna!
– A ty uparta! Peter nie napisze i nie przyjdzie. Daj sobie spokój, naprawdę.
– O wilku mowa.
Marie spojrzała w kierunku wskazanym przez ciotkę i zobaczyła Prevca, spieszącego w ich stronę. Wyraźnie ucieszył się, gdy je zobaczył.
– Uff, bałem się, że poszłyście. Dzień dobry, pani Greto. Cześć, Marie.
– Witaj, Peter – uśmiechnęła się Greta. – Siedzimy sobie i czekamy, aż wszyscy odjadą, żeby nie stać w korku. – Mówiąc to, miała tak niewinną minę, że dałby się nabrać nawet as rosyjskiego wywiadu. Marie przewróciła oczami. Ciekawe, jak długo ciotka układała tę intrygę... Którą Peter najwyraźniej kupił bez zastrzeżeń.
– Dopadli mnie dziennikarze, a zaraz muszę iść na konferencję prasową, ale chciałem się jeszcze z wami zobaczyć i podziękować za miły weekend.
– To my dziękujemy – odpowiedziała Greta. – Rzadko spotyka się tak sympatycznych młodych ludzi.
To jakaś aluzja?, Marie spojrzała na nią z ukosa.
Peter poczuł się speszony, ale zaraz mile połechtany słowami pani Scholle.
– Cześć, Peter – odezwała się Marie, uśmiechając się lekko. Nie chciała, by skoczek zauważył jej wcześniejszy nastrój. – Dzisiaj zadowolony z wyniku?
– Moje ukochane drugie miejsce... – starał się brzmieć ponuro, ale zdradzał go wesoły grymas. – Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo.
Marie puściła mu oczko.
– Zimą byliście w separacji.
– Chętnie bym ją znów ogłosił.
Ktoś z ekipy skoczków krzyknął coś do Petera, chłopak odwrócił się i odpowiedział po słoweńsku.
– Kurczę, naprawdę muszę już iść.
– Nie zatrzymujemy. – Greta uściskała Prevca. – Życzę ci wielu sukcesów i jak będziesz w Willingen, to zapraszam do siebie.
– Może kiedyś trafi się okazja.
– Liczę na to.
Po wyściskaniu przez Gretę, Peter odwrócił się w stronę Marie.
– Ehm, no cóż... w takim razie... cześć.
– Trzymaj się, Peter. – Przytuliła krótko Prevca, znacznie ostrożniej i z większym dystansem niż jej ekspansywna ciotka. – To był bardzo miły weekend.
– Uważam dokładnie tak samo. Może jeszcze kiedyś się spotkamy.
Marie nie bardzo w to wierzyła. Zapewne ich „znajomość” umrze po kilku dniach, maksymalnie tygodniach i ograniczy się do okazjonalnych lajków na Facebooku oraz życzeń urodzinowych i świątecznych. Ale nie chciała burzyć wyobrażeń Petera – o ile faktycznie je miał, a nie powiedział tego wyłącznie przez grzeczność. Uśmiechnęła się ciepło.
Po ostatniej wymianie „do widzenia”, Peter, poganiany przez tego samego mężczyznę co poprzednio, odszedł w kierunku słoweńskiego „domku”. Uniósł jeszcze dłoń w geście pożegnania i chwilę potem zniknął za drewnianymi drzwiami.
Marie patrzyła za nim i zrobiło się jej dziwnie smutno. To było takie specyficzne, chwilowe uczucie, że oto skończyło się coś dobrego. Może lepiej byłoby, gdyby rzeczywiście nie przyszedł? Wolała nie roztrząsać tej kwestii zbyt szczegółowo.
– Teraz idziemy? – zwróciła się do ciotki.
– Teraz tak – odparła Greta. Skierowały się w stronę wyjścia. – I słuchaj czasem starszych, Marie.
– O co ci chodzi? – Dziewczyna spojrzała na nią zdekoncentrowana.
– Mówiłam, żeby poczekać, bo on przyjdzie. I miałam rację.
– Mam się czuć źle z tego powodu? – W stosunku do Grety Marie nadal była w bojowym nastroju. Albo chciała przykryć w ten sposób to dziwne uczucie, jakie na krótką chwilę zagościło w niej po odejściu Petera...
– Nie. – Greta dla odmiany była zupełnie spokojna. Aż nadto. – Po prostu bądź czasem bardziej cierpliwa.
– Jestem cierpliwa. Tylko nie lubię się komuś... wyrzuc... narzucać.
– Peterowi byłoby przykro, gdybyśmy nie czekały.
– Bo ty akurat wiesz, co siedzi mu w głowie!
Greta zrobiła minę sugerującą, iż, owszem, wie, a przynajmniej się domyśla, ale Marie nie zwróciła na to uwagi. Była zła. Wiedziała, że szybko jej to minie, jednak na razie nie miała ochoty rozmawiać z Gretą. Nie znosiła być do czegokolwiek przymuszana, a w zaistniałej kilkanaście minut wcześniej sytuacji ciotka w swoisty sposób zmusiła ją do czekania na Petera. To, że finalnie Greta miała rację, wcale nie poprawiało Marie nastroju.
W milczeniu opuściły teren skoczni i szły w kierunku parkingu. Sprzedawcy gadżetów powoli zwijali już swoje stragany, tylko punkty gastronomiczne wciąż cieszyły się popularnością. Gretę i Marie minęła grupka rozentuzjazmowanych nastolatek, pokazujących sobie wzajemnie łupy w postaci kart z autografami skoczków. Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie.
– Lubisz go.
Marie, pochłonięta swoimi myślami, dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że Greta coś powiedziała.
– Kogo?
– Petera oczywiście. Lubisz tego chłopaka.
– Nawet jeśli, to co z tego? – Marie wzruszyła ramionami. – Lubię wiele osób. A jego znam dwa dni. O co ci znów chodzi?
– O nic. Tak po prostu stwierdzam fakt. I on też chyba cię lubi. Dał ci numer telefonu, zaprosił do znajomych na tym całym Facebooku...
– To nic nie znaczy. – Marie nie była do tych słów całkowicie przekonana, ale nie miała ochoty analizować każdego słowa, gestu i uśmiechu Petera Prevca, bo by zwariowała. Albo, nie daj Boże, zaczęła go postrzegać jako wielkiego sportowca, który raczył spojrzeć na nią maluczką. I nie chciała wyobrażać sobie czegoś, czego z pewnością nie ma, na przykład zalążków przyjaźni z jego strony. Lepiej było zostawić sprawy własnemu biegowi i nie obiecywać sobie zbyt wiele.
– Ty, Marie, płyniesz przez życie. – Greta z pewną dezaprobatą pokręciła głową. – Nie walczysz.
– O czym ty mówisz, do licha? – Spojrzała na ciotkę z niedowierzaniem. – O co mam walczyć? O Petera?
– Na przykład.
– Nie jestem jedną z jego fanek – odparła zimno.
– Nie jesteś, zgoda. Fankom nie daje numeru telefonu. – Greta uczepiła się swojego koronnego argumentu. – Myślę, że mu się podobasz.
Marie zrobiła minę pod tytułem „Ty chyba zwariowałaś!”, ale jednocześnie... o dziwo, ta myśl nie wydała się jej nieprzyjemna.
– Na pewno nie – odpowiedziała mimo to.
– Kto wie... A on tobie?
– Czy mi się podoba? Nie.
– Dlaczego?
– Powiedzmy... nie jest w moim typie.
To nie była stuprocentowa prawda. Peter był na swój sposób interesujący i gdyby Marie dogłębnie się nad tym zastanowiła, stwierdziłaby, że wiele jego cech mogłoby się jej podobać, jednak miała dość aluzji w wykonaniu Grety. To mogło być zabawne przez chwilę, ale powtarzane po raz piętnasty stawało się irytujące. Na dodatek ciotka stwarzała wrażenie, jakby dwa dni temu zajrzała w jakąś szklaną kulę i zobaczyła w niej bratanicę i Petera Prevca w ślubnych strojach przed ołtarzem. I na podstawie tej wizji za swą misję dziejową uznała dowleczenie ich tam.
– On dzisiaj wyjeżdża – powiedziała Marie, gdy wsiadały do samochodu. – A ja niedługo potem. Pewnie nigdy więcej się nie spotkamy.
Greta uśmiechnęła się pod nosem, zamykając drzwi.
– Kto wie, Marie. Kto wie. 

*    *    *

Przez następne kilka dni Marie Asther nie miała zbyt wiele czasu, by myśleć o Peterze Prevcu. Od czasopisma, z którym współpracowała, dostała niespodziewane zlecenie, którego termin realizacji był wyjątkowo krótki. Większość czasu spędzała zatem na tarasie, z laptopem na kolanach, w towarzystwie leniwego kocura ciotki Grety. Jako dziecko Marie miała alergię na koty, jednak najwyraźniej jej to minęło, gdyż obecność Wladimira, zwanego Wladim (skąd, do cholery, takie imię?!) w żaden sposób na nią nie działała. Trochę za to doskwierał jej brak specjalistycznych słowników, które zostały w Tuluzie, ale jakoś mozolnie brnęła do przodu, niekiedy konsultując się przez Skype'a z kolegą.
W zasadzie atmosfera Willingen sprzyjała pracy. Z prostego powodu: nie było tutaj nic ciekawego do roboty. Samochód Marie odstawiła do mechanika, zatem nie mogła nawet zwiedzić dokładnie okolicy. Wybrała się tylko pociągiem na jeden dzień do Kolonii, bo miała sentyment do tego miasta i chętnie zobaczyła je ponownie.
Greta nie miała nic przeciwko pobytowi bratanicy w Willingen, wręcz przeciwnie: chętnie by ją zatrzymała na całe lato. Marie nie dziwiła się jej. Greta nie była typem osoby lubiącej samotność, a praca, sąsiadki i przyjaciółki nie zmieniały faktu, że wracała do pustego domu. Bo Wladimir nie był zbyt rozmowny, chyba że dopominał się miski.
A Marie traktowała wizytę w Willingen jako swego rodzaju wakacje. Senne miasteczko było świetnym odpoczynkiem od gwarnej, zatłoczonej i wyjątkowo upalnej latem Tuluzy. A jako bonus przyniosło niespodziankę w postaci poznania pewnego słoweńskiego skoczka narciarskiego.
A propos Petera: rozmawiała z nim przez chwilę we wtorek po weekendzie zawodów w Willingen; wymienili dosłownie kilkanaście zdań na Facebooku. Marie sama odezwała się do niego, po tym, jak zobaczyła wpis Willingen 2016: skoki takie sobie, za to bardzo dobra kolacja ;)”. Okazało się, że Peter wrócił do Słowenii, wypoczywał i trenował przed kolejnymi zawodami, mającymi odbyć się dwa tygodnie później również w Niemczech, w Klingenthal.
Nie masz tam przypadkiem jakiejś ciotki?”, zażartował.
Potem pisali ze sobą jeszcze dwukrotnie – żadne wielkie epopeje, raczej krótkie rozmówki w stylu „Co słychać? Jak ci minął dzień?” Marie zauważyła, że Peter jest znacznie swobodniejszy podczas rozmów facebookowych niż tych prowadzonych w cztery oczy. Pewnie dlatego, że taką internetową konwersację mógł przerwać w każdej chwili...
Greta nie poruszała już tematu Petera Prevca, co odrobinę Marie dziwiło, biorąc pod uwagę zaangażowanie, jakie ciotka wykazywała podczas niedzielnych zawodów w Willingen. Kiedy Marie powiedziała, że rozmawiała ze skoczkiem na czacie, Greta skomentowała to krótkim „Fajnie, pozdrów go ode mnie następnym razem”. I tyle. Ta nagła obojętność była zaskakująca, ale Marie nie chciała wnikać. Może faktycznie Greta przyjęła wreszcie do wiadomości, że ze znajomości bratanicy ze Słoweńcem „dzieci nie będzie”?
Wtorek, 2 sierpnia, nie różnił się dla Marie od większości dni spędzonych w Willingen. Siedziała akurat na tarasie z laptopem na kolanach, popijając sok i wprowadzając ostatnie poprawki do artykułu, który niedawno skończyła tłumaczyć. Był nudny jak diabli i dziewczyna niemal przy nim zasypiała, ale musiała uporać się z tym najdalej do czwartku. Męczyła się właśnie nad trzecią stroną (z dziewięciu), gdy zadzwonił telefon. Zerknęła na wyświetlacz, ale numer był jej zupełnie nieznany, na dodatek wyglądał na zagraniczny.
Pewnie znowu jacyś naciągacze.
Przesunęła palcem po ekranie, rozłączając się. Po chwili dźwięk rozległ się ponownie. Marie zmarszczyła brwi. Co jest, kurczę? Tym razem poczekała, aż sam się rozłączy. Namolnego osobnika złapała poczta głosowa, ale nic nie nagrał. Gdyby dzwonił ktoś w sprawach zawodowych, zostawiłby wiadomość. Za dosłownie kilka minut sytuacja powtórzyła się.
– Jasna cholera, o co tu chodzi? – mruknęła. A po chwili wahania odebrała. – Słucham?
Po drugiej stronie przez kilka sekund panowała cisza, aż wreszcie ktoś odezwał się. Niezbyt perfekcyjnym angielskim.
– Czy rozmawiam z Marie Asther?
Głos należał ewidentnie do jakiegoś chłopaka, który na dodatek znał jej imię i nazwisko i ewidentnie nie był Francuzem.
– A kim pan jest? – Wolała chwilowo nie potwierdzać danych.
– Z tej strony Domen Prevc. Brat Petera.
Zaskoczenie Marie nie mogło być większe nawet gdyby rozmówca oświadczył, że jest samym Leonardo DiCaprio.
– Och... Cześć. Tak, rozmawiasz z Marie. Skąd masz mój numer?
Może zachowywała się nieco bezpośrednio mówiąc mu na „ty”, ale przecież nie będzie zwracać się do nastolatka per pan.
– Spisałem z telefonu Petera. Wiem, że to nie fair, ale mam ważną sprawę.
– Stało się coś? – zaniepokoiła się.
– Nic z Peterem, spokojnie. – Wyczuła w głosie Domena zabawne nuty.
– A zatem?
– Jesteś jeszcze w Willingen?
– Tak. A o co chodzi?
– To świetnie się składa, bo mam dla ciebie propozycję. Tylko Peterowi ani słowa!

______________________

 
Dobra, koniec tych poprawek, bo za moment oszaleję! W mojej osobistej ocenie ten odcinek jest... dziwny. Nierówny. Ma fragmenty lepsze i gorsze.
Całą pierwszą część, obejmującą sobotę, napisałam już jakiś czas temu. W pierwotnej wersji Peter sam miał zaprosić Marie, by poznała resztę słoweńskich skoczków (ten fragment był napisany wcześniej niż scena kolacji), ale doszłam do wniosku, że on z własnej woli by tego nie zrobił :P Nie chciałby narażać się na złośliwe komentarze kolegów, że przygruchał sobie jakąś pannę :P A że szkoda mi było tej sceny, to wymyśliłam, że Marie sama go o to zapytała. Mam ochotę ją zabić za to, że potem o wszystkim zapomniała, ha ha. Ale przynajmniej miała trochę wyrzutów sumienia. Co nie zmienia faktu, że nie lubię jej w tym odcinku ;D
Na życzenie ElusivE_ArtisT kot dostał imię (akurat miałam włączone TV i leciało coś o Putinie, hahahaha). Ja też kocham koty, a Marie „dostała” po mnie uczulenie na sierściuchy w dzieciństwie^^
Dobra, dość tych głupot. Dziękuję wszystkim za komentarze i mam nadzieję, że nowy odcinek w miarę się podobał :)

PS. Oczywiście, ponieważ akcja odcinka ma miejsce latem 2016 r., wszystkie wyniki, metry, miejsca zajmowane przez zawodników itp. są zmyślone od A do Z. Podobnie jak informacja o prywatnym koncie Petera na FB – nawet jeśli takowe posiada, mi nic o tym nie wiadomo ;P

PS 2. Do kolejnego odcinka mam napisaną jedną scenę z Peterem i Domenem, ale to niestety jakaś 1/3 odcinka, może trochę więcej. Reszty (całego początku) niestety jeszcze nie ma, zatem nie wiem, kiedy pojawi się nowa część. Mam nadzieję, że wena dopisze ;)

niedziela, 27 marca 2016

Odcinek 4


 *    *    *

I wszystko było pięknie aż do godziny dwudziestej drugiej. Mniej więcej. Wtedy to rozdzwonił się telefon Grety. Nie było w tym nic szczególnego – panią Scholle znano w miasteczku lepiej niż wszystkich lekarzy razem wziętych i czasem zdarzało się, że ktoś ją wzywał w szczególnych przypadkach. Greta przeprosiła na chwilę Marie i Petera i wyszła z pokoju. A gdy wróciła, atmosfera wieczoru uległa gwałtownej zmianie.
– Przepraszam was, moim drodzy, ale będę musiała wyjść.
– Co takiego? – Marie wytrzeszczyła oczy. Peter też wyglądał na lekko skonsternowanego. – Dokąd?
– Dziecku jednej z pacjentek trochę spieszy się na świat. Dzwonił przyszły tata, całkiem spanikowany. Muszę jechać.
– Ty chyba żartujesz! Powiedz, że masz gości.
– I co, facet ma zakomunikować synkowi „Sorry, mały, musisz trochę poczekać, bo pani położna akurat gości słynnego skoczka narciarskiego”? Bądź poważna, Marie!
Marie zrobiło się głupio, więc chwyciła się innego argumentu.
– Piłaś alkohol. Jak pojedziesz?
– Już po mnie jedzie siostra pani Tolemann. A wypiłam tylko kieliszek wina. Zresztą nie mam czasu na dyskusje. Peter, przepraszam cię bardzo.
– Spokojnie, rozumiem – uśmiechnął się niewyraźnie.
Greta nie czekała już na reakcję Marie, tylko szybko wyszła z pokoju, kierując się do swojej sypialni, gdzie zarzuciła na siebie pierwszy lepszy sweter i zaczęła sprawdzać zawartość podręcznej torby lekarskiej.
– Peter, ja też przeproszę na chwilę. – Marie pospieszyła za ciotką. Nieco oszołomiony Prevc został sam przy stole. – Jeśli to jakiś podstęp, zabiję cię – syknęła do Grety, zamykając za sobą drzwi, by Peter nie mógł słyszeć.
– Jaki znów podstęp? Nie bądź dzieckiem, Marie. – Greta zajęta była krzątaniną. – Dostałam telefon i muszę jechać, sama słyszałaś.
– Ale to wygląda podje... podrzej... Fuck!
– Podejrzanie?
– Właśnie!
– Wytłumacz to temu maluchowi. I nie klnij.
Gdyby ktoś w tym momencie dał Marie do ręki granat, dziewczyna uwolniłaby Willingen od Grety Scholle.
– Czego ty się obawiasz tak naprawdę? – Greta zamknęła torbę i spojrzała wreszcie na bratanicę. – Miałaś niejednego chłopaka, na luzie podeszłaś do tego, że po rozstaniu z jednym z nich zostałaś sama w obcym mieście, a tu boisz się posiedzieć z młodszym od ciebie facetem przy stole i zjeść panna cottę? No proszę cię!
– Niczego się nie boję. Ale ty zostawić mi... mnie... mi... wszystko jedno!, sama z Peterem w swoim domu. – Gdy Marie próbowała mówić szybko, jej niemiecki był jeszcze gorszy niż zazwyczaj. – Po prostu wyglądać to głupio.
– Masz nieładne myśli. – Greta pogroziła jej palcem.
– Co??? – Dziewczyna aż zatrzęsła się z nerwów. – Nie mam żadne myśli. Po prostu widzę, że on stresuje się przy obcy...ch. Nie chcę tego!
– Też jestem obca.
– Ale... ale w inny sens. – Marie nie umiała do końca wytłumaczyć, o co jej chodzi. Nie tak szybko i nie w tym języku. Ale to uczucie towarzyszyło jej od początku wieczoru: Peter był wyraźnie zadowolony z towarzystwa Grety, bo jej obecność czyniła tę kolację zwykłym towarzyskim spotkaniem, bez najmniejszych podtekstów. I Marie była pewna, że gdyby, zapraszając skoczka do domu, nie wspomniała o ciotce, ten za żadne skarby nie zgodziłby się przyjść. Wykręciłby się czymkolwiek, choćby brakiem odpowiednich butów czy pogrzebem chomika. A teraz Greta chciała odstawić taką akcję i postawić ich oboje – Marie i Petera – w niezręcznej sytuacji.
– Dasz sobie radę. Oho – Greta nastawiła ucha – chyba siostra pani Tolemann podjechała. Idę.
Greta złapała swoją torbę i wyszła z pokoju, a wkurzona Marie za nią.
– Jeszcze raz cię przepraszam, Peter. – Pani domu zajrzała po raz ostatni do salonu. – Obowiązki wzywają.
– Nie ma problemu. – Prevc uniósł się zza stołu. Starał się być dżentelmenem, nawet jeśli w tej chwili czuł się niczym na karuzeli. – Było mi bardzo miło panią poznać.
– Mi ciebie również. Zostawiam cię w rękach Marie – uśmiechnęła się. – Niestety deser będziecie musieli skonsumować we dwójkę.
Chęć posiadania granatu urosła w Marie do niespotykanych w jej dotychczasowym życiu rozmiarów.
– Dobranoc, Peter.
– Ehm... dobranoc.
Greta wyszła dokładnie w tym samym momencie, w którym rozlegał się dzwonek do drzwi. Po chwili czarne Renault Megane odjechało szybko spod numeru cztery przy Rosenstrasse.
Marie zamknęła za ciotką, po czym wzięła powolny, głęboki oddech. Okej, zatem została sama z niemal obcym chłopakiem. Nie, nie bała się. Peter nie wyglądał na człowieka, gotowego zrobić komukolwiek krzywdę. Chodziło o coś innego: ciotka – świadomie lub nie – postawiła ją w bardzo głupiej sytuacji. Peter mógł wręcz podejrzewać, że to wszystko zostało ukartowane. Dwoje młodych ludzi sam na sam w pustym domu. No fantastycznie! Ale Marie nie była głupią trzpiotką, tylko świadomą siebie kobietą, umiejąca radzić sobie w różnych sytuacjach.
Skierowała się z powrotem do salonu, gdzie Peter spojrzał na nią nieco speszonym wzrokiem, chociaż starał się uśmiechać.
– Taaa, to by było na tyle, jeśli chodzi o moją kochaną ciotunię. – Dziewczyna klapnęła na krzesło. – Jeszcze wina?
W opinii Marie Peter wyglądał w tym momencie, jakby się zastanawiał, czy już uciekać, czy jeszcze chwilę poczekać na rozwój sytuacji.
– Och, daj spokój, nie zwracaj uwagi na jej gadanie. – Nie czekając na decyzję skoczka, dolała mu czerwonego trunku do kieliszka. – Bez głupich aluzji nie przeżyłaby jednego dnia. Kocham ją, jest wyjątkowa, ale czasem... ech... Plus jest taki, że nie musimy się już mordować z niemieckim.
– Wypijmy za to. – Peter najwidoczniej uznał, że nie ma powodu dawać nogę.
Stuknęli się kieliszkami.
– Może włączymy jakąś muzykę? – zaproponowała Marie. – Nie lubię kolacji bez muzyki.
– Chętnie. A co masz?
– Zaraz sprawdzę, co zabrałam. Bo ciotka ma pewnie same bawarskie szlagiery rodem z Oktoberfest.
Peter stwierdził, że uwielbia sposób, w jaki Marie mówi o Grecie. W tych drobnych złośliwostkach kryło się tak naprawdę sporo czułości. Widać było, że dziewczyna bardzo lubi tę nieco zwariowaną, impulsywną kobietę, z całym jej dobrodziejstwem inwentarza w postaci zagraconego salonu, rudego kocura – który zdążył rozpanoszyć się na kanapie – oraz kiepskiego gustu muzycznego. A i Greta zdawała się kochać Marie, mimo iż tyle je dzieliło pod różnymi względami.
Z głośników popłynęła muzyka Emeli Sande, a Marie przyniosła z kuchni przygotowany wcześniej deser.
– Nie wiem, czy lubisz – powiedziała wesoło, stawiając przez Peterem pucharek wypełniony panna cottą ozdobioną malinami – ani czy możesz, ale zaryzykuję.
Peter roześmiał się.
– Jestem tak objedzony, że jutro spadnę chyba na pięćdziesiątym metrze, ale to wygląda zbyt smakowicie, żebym sobie odmówił.
– Cieszę się. – Marie wbiła łyżeczkę w swój deser i spróbowała trochę. – Hmm, nawet znośnie mi wyszła.
– Słodycze, wino.... – Prevc pokręcił głową z niedowierzaniem. – Gdyby mój trener widział mnie w tym momencie, chyba by dostał zawału.
– Wie, że tu jesteś?
– Informowałem, że wychodzę wieczorem „na miasto”, a o szczegóły nie pytał. Pewnie myślał, że idę gdzieś z chłopakami.
– Ufa ci.
– Zapracowałem na to. – Peter puścił Marie oczko. – W drużynie jestem ten grzeczny i poukładany.
– I wyjątkowo skromny – zachichotała dziewczyna. – Ale chyba nie aż taki grzeczny, skoro naściemniałeś trenerowi, że wybywasz z kumplami, a tymczasem spędzasz wieczór z dwoma obcymi babami. No, teraz już z jedną.
Peter mruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi, nabierając jednocześnie kolejną łyżeczkę słodkiego deseru. Znów poczuł się niepewnie. Czy Marie próbowała z nim flirtować? Nie chciał, by tak było. Jak miał reagować? Nigdy nie czuł się mocny w takich towarzyskich gierkach i nie lubił ich, a ponadto... wszystko było jeszcze zbyt świeże, by próbować kogoś poznać. Nie miał tego w planach.
Maybe you could stay a bit longer, I could try a bit harder, we could make this work..., śpiewała Emeli swoim czystym głosem.
Akurat, pomyślał Peter. Czasem nie ma już sensu próbować i nie da się starać bardziej...
Marie wyczuła zmianę nastroju i szybko zrozumiała, że nieświadomie zabrnęła w obszary, po których on zdecydowanie nie miał ochoty się poruszać. Lepiej było wrócić na neutralne grunty.
– Opowiedz mi coś o swoim rodzeństwie – powiedziała. – Naprawdę obaj twoi bracia skaczą?
– Tak. – Peter od razu się uśmiechnął, nawet jeśli trochę zaskoczyła go ta nagła zmiana tematu. – Cene teraz już raczej okazyjnie, bo zaczął studia, ale Domen, ten młodszy, wsiąknął na dobre. Nawet jest tutaj, w Willingen.
– O kurczę, bomba! To chyba fajnie jeździć z bratem na zawody, nie?
– W pewnym sensie – Peter skrzywił się lekko. – Ale ja i Domen mamy zupełnie inne charaktery, więc czasem nawzajem doprowadzamy się do szału.
– Dlaczego?
– Ja cenię sobie spokój, wieczorami lubię poczytać książkę albo obejrzeć film, wyciszyć się przed zawodami... A on non stop gada, wygłupia się, a za ulubioną rozrywkę ma przeglądanie, co jego fanki wrzuciły na snapchata.
Peter zrobił minę dobitnie sugerującą, co sądzi o zachowaniu brata, za to Marie zaśmiała się.
– Ile on ma lat?
– Siedemnaście.
– Więc co się dziwisz? To chyba naturalne dla obecnych nastolatków.
– Może i tak, ale jak się chce być profesjonalnym sportowcem, to trzeba mieć trochę bardziej poukładane we łbie.
– Nie przykłada się do treningów?
– Nawet nie o to chodzi... Widzisz – Peter westchnął głęboko, jakby się zastanawiał, w jaki sposób wyrazić to, co ma na myśli – Domen niewątpliwie ma talent, wszyscy to mówią. Ale czasem mam wrażenie, że za bardzo na tym talencie polega. I tylko na nim. Tymczasem skoki narciarskie to dość złożona i wymagająca dyscyplina.
– Jak chyba większości sportów.
– Owszem, ale w skokach liczą się sekundy lub wręcz ich ułamki. Piłkarz czy koszykarz, nawet jeśli popełni błąd, ma jeszcze kilkadziesiąt minut meczu, by go naprawić. Może przykryć jedną wtopę wieloma udanymi akcjami. A skoczek narciarski nie ma tej możliwości. Popełnisz błąd przy wyjściu z progu, niewłaściwie ułożysz narty w locie, nie zapanujesz nad podmuchami wiatru – i jest pozamiatane. Sekundy decydują o wszystkim. Jeszcze kit, jak tylko zawalisz zawody, gorzej, że można zrobić sobie krzywdę. Brawura naprawdę nie popłaca... Przepraszam, pewnie cię zanudzam na śmierć...
– Nieprawda! – Marie zaprotestowała gorąco. – Bardzo ciekawie opowiadasz. Lubię dowiadywać się nowych rzeczy.
Peter upił nieco wina z kieliszka.
– Marie, mogę cię o coś zapytać?
– Jasne.
– Mówiłaś, że nie jesteś wielką kibicką skoków... Nie, spokojnie, to nie zarzut. Po prostu zastanawiam się... Jakim cudem rozpoznałaś mnie wtedy na szosie? – Petera kwestia ta nurtowała w zasadzie od początku wieczoru, od chwili, gdy jeszcze w towarzystwie Grety rozmawiali o skokach. Wcześniej podejrzewał nawet, że Marie kłamie i jednak jest fanką, jednak podczas kolacji okazało się, że faktycznie nie do końca orientuje się w tej dyscyplinie sportu. Zatem w jaki sposób...
Marie zdusiła śmiech.
– Koszulka z inicjałami.
Peter zrobił wielkie oczy.
– Twoja koszulka. Niebieskie litery PP – pospieszyła z wyjaśnieniami, a jej oczy błyszczały wesoło. – Zdradziłeś, że przyjechałeś na zawody i że jesteś ze Słowenii. Na tyle łapię się w temacie, by znać słoweńskiego skoczka o inicjałach PP.
Prevc chwilowo zaniemówił. Jasny gwint, dobra była!
– Ty też jesteś spostrzegawczy – powiedziała, widząc jego reakcję. – Ten tekst o francuskim aucie na francuskich numerach... Byłam pod wrażeniem.
Teraz mogła mu powiedzieć, bo sama go zaskoczyła swoją zdolnością dostrzegania detali i wyciągania logicznych wniosków. Wynik: jeden do jednego.
– Wypijmy za nasze wielkie umysły. – Rozbawiona Marie wyciągnęła w stronę Petera kieliszek.
Spełnił toast. Boże, wystarczy, bo jutro próg zobaczę potrójnie...
Od wina zrobiło mu się ciepło, a na blade zwykle policzki wstąpiły lekkie rumieńce. Zazwyczaj unikał alkoholu, pił symbolicznie na różnych imprezach po zawodach albo oficjalnych konferencjach sportowych, ale prywatnie rzadko sięgał po napoje procentowe. Ale to wino było takie dobre...
Marie uśmiechała się lekko, patrząc na Petera, który trzymał w ręce kieliszek. Miał bardzo ładne, szczupłe dłonie o długich palcach, zauważyła to już wcześniej. Męskie dłonie stanowiły jej słabość, zawsze zwracała na nie uwagę. Drugim takim elementem były włosy – obowiązkowo dobrze utrzymane, najlepiej ciemne i gęste. No i jeszcze figura – szczupła. Nie lubiła facetów, którzy przesadzali z siłownią ani tak zwanych „misiaków”. Być może zwracanie uwagi na wygląd nie było zbyt pozytywną cechą, a według niektórych świadczyło wręcz o płytkim postrzeganiu świata, ale Marie nie miała w związku z tym wyrzutów sumienia. Faceci mogli otwarcie mówić, że lubią na przykład mające czym oddychać blondynki, a kobiety nie mogły posiadać swojego typu jeśli chodzi o mężczyzn? Gdzie tu sprawiedliwość?
Tak, tak, miała traktować Petera neutralnie i po koleżeńsku. Ale przecież popatrzeć mogła, nie?
Jednak tak czy owak, uznała, lepszy będzie powrót do skoków narciarskich. Ten temat był absolutnie bezpieczny. Wszak w facetach na dwóch nartach, ubranych w wyjątkowo nietwarzowe, piankowe kombinezony i z głowami wbitymi w kaski, nie było nic pociągającego.
– W sumie szkoda, że wujek Günter już nie żyje – powiedziała w pewnym momencie Marie. – Na pewno chętnie by cię poznał. Słynny skoczek narciarski w jego domu! Tęsknię za nim na swój sposób, wiesz? Mimo iż rzadko bywałam w Willingen, to z Günterem zawsze miałam dobry kontakt. Nawet wtedy, kiedy ciągnął mnie na skocznię i kazał dla picu kibicować Hannawaldowi – roześmiała się.
– Ja tak dobrze dogadywałem się z dziadkiem. Też był fanem skoków, w zasadzie on mnie zainteresował tą dyscypliną. Ale zmarł, jak miałem piętnaście lat.
– Na pewno teraz byłby z ciebie bardzo dumny – Marie uśmiechnęła się ciepło. – Od dawna trenujesz?
– Zacząłem w podstawówce. Łącznie już jakieś... jedenaście lat?
– Łał! A... hmm, ile ty w zasadzie masz lat, Peter?
– Niedługo kończę dwadzieścia cztery. A... nie, nic.
– Ja dwadzieścia osiem, nie musisz się krępować, by zapytać. – Puściła mu oczko. – Nie jestem jeszcze taka stara, by ukrywać swój wiek.
– Kobiety się o wiek nie pyta – próbował żartować.
– Ale dopiero od pewnego wieku, ha!... Czyli mówisz, że trenujesz od jedenastu lat. Połowa twojego życia.
– Ale warto. Skoki to piękna dyscyplina, choć momentami loteryjna. Chodzi właśnie o to, by dojść do takiego poziomu, aby w jak największym stopniu ograniczyć wpływ czynników zewnętrznych na skok. Wtedy nie liczy się wiatr, profil skoczni, padający śnieg, mgła...
– Wiesz, Peter – zamyśliła się Marie – jak tak opowiadasz o skokach, to zaczynam myśleć, że w sumie chętnie bym się wybrała. Tym bardziej, że jest lato i nie odmrożę sobie tyłka. Są jeszcze bilety?
– Pewnie są – uśmiechnął się Peter. Czuł swego rodzaju dumę, że udało mu się zainteresować Francuzkę tą, było nie było, dość mało popularną dyscypliną. – Nie zajmuję się tym, ale mogę się dowiedzieć i... Wiesz co? Przyszło mi coś do głowy. Tak naprawdę, po co ci bilet! Dam ci wejściówkę! I twojej cioci też. Jak będzie chciała, to skorzysta.
Wpadł na ten pomysł w ciągu sekund, ale był do niego stuprocentowo przekonany. Tak, to będzie fajna forma podziękowania za doskonałą kolację, a zarazem być może okazja, by jeszcze raz spotkać się z Marie.
– Wejściówkę? – Dziewczyna była ewidentnie zaskoczona propozycją. I entuzjazmem składającego ją. – Taką... specjalną?
– Tak. Mamy możliwość zapraszania znajomych, rodziny, czy kogo tam chcemy. Takie osoby dostają akredytacje i wchodzą na specjalny sektor, taki jakby... vipowski. Chyba że nie chcesz, to nie zmuszam...
– Nie, dlaczego? Chętnie się wybierzemy – rozpromieniła się Marie. – A będę mogła poznać resztę waszej drużyny? Tak miło o nich wcześniej opowiadałeś...
Peter ledwo zauważalnie przygryzł wargę. Cholera, jak przyprowadzi Marie do boksu słoweńskich zawodników, chłopcy nie dadzą mu potem żyć. Aluzjom nie będzie końca. Wolałby tego uniknąć, ale... nie potrafił odmówić. I nie chciał odmówić.
– Jasne. Daj mi chwilkę, załatwię wszystko.
Wyciągnął z kieszeni telefon, wybrał numer i po chwili zaczął mówić coś po słoweńsku. Marie wydawało się, że rozmawia z jakąś kobietą, ale nie była stuprocentowo pewna. Boże, ten słoweński język brzmiał tak zabawnie!
Po mniej więcej trzech minutach Peter odsunął swojego Samsunga od ucha.
– Marie – minę miał nieco zakłopotaną – trochę mi głupio, że wcześniej nie zapytałem, ale... jak ty masz na nazwisko?
– Och... Asther. Przez „th”.
– Dzięki.
Z dalszej rozmowy Marie zrozumiała tylko kilkakrotnie powtarzane imiona swoje i Grety. Wreszcie Peter rozłączył się.
– Załatwione! – uśmiechnął się dumnie. – Na ciebie i twoją ciocię będą czekać akredytacje, możecie je odebrać jutro na recepcji w Sporthotel.
– Łał! Pełna pofeska i vipowskie traktowanie!
– Za tę pyszną kolację należy wam się.
– Jak będziemy tak wymieniać się dowodami wdzięczności, to niedługo zafundujemy sobie nawzajem wczasy w tropikach i nowe Porsche.
Peter parsknął śmiechem.
Chociaż znał Marie zaledwie od kilku godzin, zdążył już polubić jej poczucie humoru. Inteligentne, ale nie nadmiernie wydumane. W ogóle dobrze czuł się w jej towarzystwie, mimo momentów onieśmielenia. W pewnym sensie sam się sobie dziwił. Zwykle nie wchodził w bliższe relacje towarzyskie z dopiero co poznanymi ludźmi. Jego krąg znajomych był dość wąski, praktycznie ograniczał się do kolegów ze szkoły średniej i ze skoczni. Ciężko przychodziło mu nawiązywanie nowych relacji. A z Marie złapał dość szybki kontakt. Może dlatego, że Francuzka nie traktowała go jak znanego sportowca, tylko zwykłego chłopaka? Dla niej pewnie mógłby być jakimś Helmutem Schmidtem, pracownikiem lokalnego Lidla, a traktowałaby go tak samo, byle okazał się ciekawym towarzyszem rozmowy.
I Peter pewnie zostałby dłużej w domu przy Rosenstrasse, gdyby nie to, że tuż przed dwudziestą trzecią odebrał SMS– a.
Anže Lanišek.
Pero, nie chcę truć ale Janus zaczyna węszyć więc lepiej wracaj. Chyba że to kolacja ze śniadaniem to będę cię krył ;DD
Ledwo powstrzymał się od przewrócenia oczami. Jaki ten Anže jest powalony...
Jego wesoły nastrój jednak się ulotnił, co nie uszło uwagi Marie.
– Coś się stało?
– No cóż... – westchnął. – Marie, naprawdę bardzo miło mi się z tobą gawędzi, ale wychodzi na to, że muszę wracać. Kolega napisał mi, że trener zaczyna niuchać. Wolę, żeby nie wiedział, że dzień przed zawodami jestem gdzieś poza hotelem, zamiast wypoczywać i dobrze się wyspać. – Pominął drugą część SMS– a od Anže, bo była zupełnie niedorzeczna.
– Faktycznie, trochę się zasiedzieliśmy. – Marie zerknęła na zegar wiszący na ścianie. – Mam nadzieję, że nie będziesz miał przez to problemów.
– Jakoś się zakradnę – uśmiechnął się Peter.
Prevc zadzwonił jeszcze po Katję, by po niego przyjechała (miał trochę wyrzutów sumienia, że wyciąga dziewczynę o tak późnej porze, ale sama mówiła, by dał znać, kiedy spotkanie dobiegnie końca) i przyszła pora, by pożegnać się z Marie.
– Dziękuję, to był naprawdę bardzo miły wieczór – powiedział, gdy odprowadzała go do drzwi. – Podziękuj cioci i mam nadzieję, że przyjdziecie jutro na zawody.
– Na pewno – uśmiechnęła się dziewczyna. – Fajnie, że nas odwiedziłeś.
– Słuchaj, tak sobie pomyślałem... – Był wyraźnie zakłopotany, ale Marie cierpliwie czekała. – Może nie powinienem tego robić, ale w jakiś sposób ci ufam i... Dasz mi swój numer telefonu? Ja dałbym ci swój. Moglibyśmy zgadać się na chwilę po konkursie...
Boże, to brzmiało, jakby po udanej randce prosił ją o kolejne spotkanie! Zwykle nie robił takich rzeczy, nie dawał obcym osobom namiarów na siebie, nie wpuszczał ich tak szybko do swojego świata, ale Marie w zadziwiający sposób wzbudzała w nim zaufanie. Gdzieś w głębi serca czuł, że następnego dnia nie odnajdzie swojego numeru telefonu w różnych zakątkach internetu.
Marie, lekko zdziwiona zaufaniem, jakie jej okazuje, podała mu swój numer bez słowa komentarza, a potem wpisała w swoją książkę kontaktów dyktowane przez Petera cyfry. „Peter P.” zapisała. Może niezbyt oryginalnie, ale przynajmniej nikt się nie zorientuje, o kogo chodzi.
Niedługo potem pod dom na Rosenstrasse 4 podjechał samochód.
– To chyba po ciebie. – Marie wyjrzała przez szybkę w drzwiach.
– Tak. W takim razie... ehm, do zobaczenia. I jeszcze raz dzięki za kolację.
– Do zobaczenia, mam nadzieję. – Przytuliła go lekko. Boże, był taki chudy! Peter, wyczuła to, spiął się mimowolnie, ale oddał nieśmiały uścisk.
– Dobranoc. – Wydawał się zakłopotany.
– Dobranoc. – Pożegnała go uśmiechem i pokiwała na do widzenia, gdy wychodził w ciepłą, lipcową noc.
– I jak było? – zapytała Katja, gdy jechali przez ulice Willingen.
Peter przypomniał sobie pyszną kolację, dobre wino, które nadal lekko szumiało mu w głowie, zabawną, gościnną Gretę, a nade wszystko uśmiechniętą Marie w tej ciemnozielonej sukience.
– Było bardzo... sympatycznie.
Katja tylko uśmiechnęła się pod nosem. 

____________________

 
Uff, wymęczyłam ;) Nareszcie zjedli tę diabelną kolację i mogą iść spać – oczywiście każde do swojego łóżeczka ;)
Nawet nie sądziłam, że powyższy odcinek wyjdzie taki długi. Problem z nim polegał na tym, że miałam konkretne informacje, które musiały paść w tej części, a jednocześnie całość musiała mieć jakiś logiczny ciąg. Zatem pisałam poszczególne fragmenty, a potem uzupełniałam „dziury”, czasem dość sporo zmieniając, bo się powtarzałam, zwłaszcza w opisach uczuć, myśli i emocji bohaterów. Koszmar!
Jednocześnie Marie i Peter są dla siebie praktycznie obcymi ludźmi, więc nie mogą zwierzać się sobie z przeszłości, tajemnic, emocji itp.; muszą rozmawiać na w miarę neutralne tematy. Zwłaszcza że Petera kreuję na osobę raczej zamkniętą w sobie i nieufną w stosunku do obcych (zadanie ułatwione – on chyba faktycznie taki jest :P ), więc tym bardziej nie będzie zupełnie otwarty w stosunku do dziewczyny, która dodatkowo w jakiś sposób go onieśmiela.
Zbierając moje wywody zusammen do kupy: mam nadzieję, że jakoś znośnie ten odcinek wygląda :P
Miałam do tej części napisane inne zakończenia, ale stwierdziłam, że byłoby za dużo grzybów w barszczu. I ucięłam w taki sposób.
Dziękuję za komentarze, zwłaszcza Tobie, ElusivE_ArtisT, że chce Ci się pisać tak szczegółowe analizy :D Po Twoim opowiadaniu widać, że znasz się na robocie, czyt.: pisaniu. A tak a propos, kiedy nowa część Odchodzę, bo kocham? ;)
Zresztą wszystkim Wam dziękuję :) Motywujecie mnie do pisania :))

sobota, 19 marca 2016

Odcinek 3

*    *    *

Peter musiał przyznać, że Katja w kwestii zakupów spisała się znakomicie. Kupiła mu ciemnoszare spodnie, białą koszulę z czarnymi lamówkami oraz jaśniejszą od spodni marynarkę w delikatną kratę. A także butelkę wina („Nie wypada iść z pustymi rękoma”). Buty trochę cisnęły w placach, ale Peter uznał, że wytrzyma. Wszak to tylko kolacja, a nie wyprawa w góry.
– Fiu, fiu! – Anže akurat wyszedł z łazienki i zlustrował kolegę wzrokiem od stóp do głów. – Odstrzelony jak szczur na otwarcie kanału.
– Odwal się. – Peter jeszcze szybko przeczesywał włosy. Była już dziewiętnasta czterdzieści, a on nie znosił spóźnień.
– Miłej zabawy, he, he.
Zabrzmiał to mocno dwuznacznie (w ustach Anže Laniška WSZYSTKO brzmiało dwuznacznie, taki wiek), ale Peterowi nie chciało się już dyskutować. Sugestywnie przewrócił tylko oczami, zabrał wino i wyszedł.
Na miejsce zawiozła go niezastąpiona Katja.
– Jak będziesz chciał wracać, zadzwoń. I udanego wieczoru.
– Dzięki. Do zobaczenia.
Peter wysiadł z samochodu i rozejrzał się ciekawie.
Dom ciotki Marie sprawiał wrażenie bardzo przyjemnego miejsca. Parterowy, z pochyłym dachem i starannie wypielęgnowanym trawnikiem (jak wszystkie tutaj, Niemcy mieli hopla na tym punkcie). Kolorytu dodawały mu klomby kwiatów, które teraz, pod koniec lipca, kwitły wszystkimi barwami. Nad gankiem wisiała lampa w żeliwnej oprawie, a na jednym z parapetów wygrzewał się w ostatnich promieniach letniego słońca rudy kocur. Futrzak obrzucił Petera zaciekawionym spojrzeniem bursztynowych oczu, ale chyba uznał chłopaka za niezbyt fascynującego, bo nie ruszył się ze swojego miejsca.
Peter nie po raz pierwszy tego dnia zastanowił się, czy dobrze zrobił, przyjmując zaproszenie Marie (i jego myśli nie miały nic wspólnego z rudym kotem). W zasadzie nie znał ani tej dziewczyny, ani tym bardziej jej ciotki. Był z natury osobą dość nieśmiałą i ciężko przychodziło mu nawiązywanie kontaktów z ludźmi. Z Marie rozmawiało mu się co prawda dobrze i dość swobodnie, ale tak naprawdę Francuzka była dla niego zupełnie obca. Po powrocie z treningu próbował co prawda – czując się z tym wyjątkowo głupio i w wielkiej tajemnicy przed Anže – odszukać Marie na Facebooku, ale próba z góry była skazana na niepowodzenie. Nie znał nazwiska dziewczyny, a osób o tym imieniu były pewnie na Facebooku dziesiątki tysięcy, więc szybko dał sobie spokój. Musiał zatem iść zupełnie w nieznane. Tymczasem odwiedzanie kogoś w domu zawsze wydawało mu się dość intymne. Lepiej było spotykać się na neutralnym gruncie. Ale może we Francji istniały inne obyczaje?
Tak czy owak, teraz było już zdecydowanie za późno, by się wycofać. Nie mógł zdezerterować spod drzwi.
– Boże, Peter, weź się w garść – mruknął do siebie. – To tylko kolacja.
Nacisnął dzwonek.
Otworzyła Marie.
– Cześć – uśmiechnęła się szeroko. – Wejdź. Miło cię widzieć.
– Mi ciebie również.
Marie wyglądała inaczej niż podczas ich spotkania na drodze. Miała na sobie prostą, ciemnozieloną sukienkę i kolorowy naszyjnik. Kręcone włosy rozpuściła, podpinając je tylko przy uszach. Całości dopełniał lekki makijaż.
– Proszę, to dla ciebie. – Peter wręczył jej przyniesione wino.
– Naprawdę nie trzeba było. Ale dziękuję. A w ogóle, jaki ty elegancki!
Starała się powiedzieć to ostatnie zdanie żartobliwym tonem, ale prawda była taka, że zrobił na niej spore wrażenie. Między myszowatym chłopakiem w sportowym stroju, którego poznała na szosie, a eleganckim mężczyzną, stojącym teraz przed nią, istniała wielka różnica. Musiała przyznać, że w wyjściowym stroju prezentował się bardzo korzystnie. Wysoki, szczupły, wyprostowany jak strzała. Mimo, iż nieszczególnie przystojny, miał w sobie coś interesującego.
Peter poczuł się speszony. Nie był przyzwyczajony do komplementów, jeśli nie dotyczyły jego osiągnięć sportowych. A już w sytuacji, gdy pochwały wygłaszała młoda, ładna kobieta, od razu w jego głowie odzywały się wszystkie dawne kompleksy, których nadal nie do końca się pozbył i pojawiało się podejrzenie, że ona mówi to, by z niego zadrwić.
Z opresji wyratowało go pojawienie się w przedpokoju rudowłosej damy w kremowej sukience.
– Marie, może przedstawisz mnie swojego znajomemu?
Którego znasz lepiej niż ja...
– Och, tak, oczywiście. – Marie przeszła na niemiecki. – Ciociu, to jest właśnie Peter Prevc, o którymi... yyy, o którym... ci opowiadałam. Peter, moja ciocia, Greta Scholle.
– Bardzo mi miło. – Peter przywitał się uprzejmie.
Nie mówił tego wyłącznie z czystej kurtuazji. Greta faktycznie wyglądała na sympatyczną, ciepłą osobę. Jej duże, niebieskie oczy zdawały się być pełne radosnych iskierek. O ile przy Marie mógł wykazywać pewne onieśmielenie, o tyle obecność Grety napełniała go dziwnym spokojem.
– Zapraszamy na salony – uśmiechnęła się pani domu. – Mogę ci mówić po imieniu?
– A... tak, oczywiście. – Peter był trochę zaskoczony jej bezpośredniością, ale po chwili uznał to za naturalne. Dla tej damy mógłby być synem, więc sam czułby się głupio, gdyby tytułowała go per pan.
Pokój dzienny wyglądał na bardzo przytulne miejsce, nawet jeśli Peter osobiście był zwolennikiem mniejszej ilości bibelotów w mieszkaniu. Tutaj pełno było kwiatków w doniczkach, ramek ze zdjęciami, świeczek, figurek i innych – jak to jego mama określała – „kurzołapów”. Ciekawe, jakim cudem rudy kocur nie urządził tu jeszcze totalnego pobojowiska.
– Szlag by mnie trafił, gdybym miała tu sprzątać – konfidencjonalnie szepnęła do Petera Marie, zauważywszy, że chłopak dyskretnie rozgląda się po pokoju. – Nic tylko bombę zrzucić na to wszystko.
Prevc zdusił śmiech.
– Co wy tam szepczecie? – wtrąciła Greta. – Mówcie normalnie i w języku zrozumiałym dla ludzi.
– My się rozumiemy, ciociu. -– Marie dopisywał humor.
– I bardzo mnie to cieszy.
Marie znała swoją ciotkę już dość długo, by wyczuć, że za tymi słowami kryje się coś więcej niż niewinne stwierdzenie, ale nie dała po sobie nic poznać. Miała tylko nadzieję, że Greta będzie zachowywać się „przyzwoicie” i daruje sobie niby niewinne aluzyjki. Przestrzegała ją przed tym. Peter był dla niej obcym człowiekiem i za żadne skarby świata nie chciała, by czuł się w tym domu niekomfortowo.
– Prosimy do stołu. – Greta wskazała Peterowi jego miejsce. – Bardzo się cieszę, że Marie cię zaprosiła. W tym domu goście są zawsze mile widziani. Chyba, że to listonosz z rachunkami. Rozgość się, a ja pójdę przypilnować zupę. Marie nie bardzo ufam w tej kwestii.
Dziewczyna zrobiła minę pod tytułem „Zaraz ją zamorduję”, ale Peter tylko się roześmiał.
– Kiepsko gotujesz? – Gdy rozmawiali we dwójkę, mógł mówić po angielsku, co sprawiało mu widoczną ulgę. Znał ten język dużo lepiej niż niemiecki.
– Jeszcze nikogo nie otrułam. – Dziewczyna zajęła miejsce naprzeciwko Petera, zostawiając krzesło u szczytu stołu dla ciotki. – Umiem gotować dla siebie, bo wiem, co lubię. Ale gdyby mi przyszło codziennie robić obiad dla czteroosobowej rodziny, chyba bym się powiesiła.
– Zawsze podziwiałem moją mamę, że ogarnia taką rodzinę jak nasza. Pod każdym względem.
– Dużo masz rodzeństwa?
– Czwórkę. Dwóch braci i dwie siostry, wszyscy młodsi ode mnie. I trójka z nich też zajmuje się skokami, tylko Ema jest jeszcze za mała.
– Łał! Prawdziwa dynastia Prevców!
– A ty masz rodzeństwo?
– Nie. Ewentualnie jakieś przyrodnie, ale niewiele mi o tym wiadomo.
– A...aha.
Peter nie wiedział, co mógłby odpowiedzieć. Ewidentnie sytuacja rodzinna Marie była dużo bardziej zagmatwana niż jego, a nie chciał być niedyskretny wypytując o szczegóły. Zdecydowanie zbyt słabo się znali.
– Jak tam trening? – Marie wybawiła go z opresji. Zdążyła już zorientować się, że Peter ma problem z rozpoczynaniem jakiegoś tematu rozmowy, ale pociągnięty za język może mówić całkiem długo i ciekawie.
– Wszystko z porządku. To nie jest moja ulubiona skocznia, ale nie jest też najgorsza. Trochę się obawiałem, bo letnie zawody są tu rozgrywane po raz pierwszy, jednak myślę, że dam radę.
– Cieszę się. I mam nadzieję, że przygoda z moim autem nie wpłynie na twoją kondycję. Ja już zaczynam czuć, że boli mnie całe ciało.
Greta podała zupę, która na szczęście okazała się dobrym trafem w smak Petera. Do kieliszków rozlano wino...
Peter i Greta szybko znaleźli wspólny język, ponieważ zmarły kilka lat temu mąż pani domu, Günter Scholle, był wielkim kibicem skoków narciarskich. Marie przez pewien czas czuła się nieco wyalienowana z rozmowy, ponieważ nie bardzo orientowała się w tej dyscyplinie, nie pamiętała nazwisk, rekordów i wydarzeń, ale i ona miała pewne wspomnienia związane ze zmarłym wujkiem i jego pasją.
– Günter miał jedną wielką tajemnicę – śmiała się Greta. – Nie znosił Svena Hannawalda, który w tamtym czasie był niemal bohaterem narodowym Niemiec. Kibicował ten Polakowi... jak mu tam było?
– Małyszowi? – podpowiedział Peter.
– Dokładnie! Ale za żadne skarby świata nie przyznałby się do tego kolegom. Więc jak oglądali skoki razem, mój Günter przywdziewał na twarz pozę typowego patrioty i powtarzał „Tak, tak, Hannawald to mistrz nad mistrze”.
Peter roześmiał się.
– Pamiętam, jak kiedyś przyjechałam na zimowe ferie do Willingen, z mamą – włączyła się Marie. – Wujek zabrał mi... mnie... mnie, tak? Dobrze mówię?... Mnie na zawody, kupił flagę z twarzą Hannawalda i powiedział: „Trzymaj i udawaj, że mu kibcu... kibicujemy”.
– I co zrobiłaś? - zaśmiał się Peter.
– Udawałam. Było mi wszystko jedno. I diabelsko zimno.
Kolacja przebiegała w bardzo sympatycznej atmosferze. Marie zauważyła, że z Petera uleciało jego początkowe onieśmielenie i okazał się bardzo miłym towarzyszem. Chyba obecność Grety dodawała mu otuchy. Dziewczyna czuła zadowolenie, że wpadła na pomysł zaproszenia go do domu, bo gdyby siedzieli teraz we dwójkę w jakiejś restauracji, z pewnością miałby większy problem ze swobodnym zachowaniem. A tak śmiał się często i opowiadał różne anegdoty związane ze skokami narciarskimi.
– Wśród skoczków krąży takie powiedzonko – mówił, gdy Marie akurat stawiała na stole sałatkę – że gdy masz dziewczynę, skaczesz pięć metrów bliżej. Gdy żonę, dziesięć metrów bliżej. A gdy żonę i dziecko, dwadzieścia metrów bliżej.
– A gdy dwoje albo więcej dzieci? – zapytała Marie.
– Wtedy najlepiej od razu odłożyć narty do lamusa i zostać księgowym.
Obie kobiety wybuchnęły śmiechem.
– A ty jak skaczesz? - Greta posłała mu spojrzenie znad kieliszka wina.
– Ja?... - Nagle zrobił się dziwnie spięty. – Ja skaczę najdalej.
Greta przymrużyła oczy i uśmiechnęła się lekko. Marie otaksowała ciotkę wzrokiem. Jeszcze jedno słowo.
– Peter, może sałatki? – Za nic nie chciała, by atmosfera „siadła”. – Ja robiłam, ale myślę, że da się zjeść.
Na twarz chłopaka powrócił uśmiech.
– W takim razie chętnie skosztuję.
Przy stole ponownie zapanował miły nastrój.
– Marie, Peter tyle ci opowiedział o sobie, a ty jemu nic.
– A czym tu się chwalić? Moje życie nie jest tak interesujące.
– Przestań, chętnie posłucham.
Zatem Peter dowiedział się, że Marie mieszka w Tuluzie, na południu Francji, chociaż pochodzi z Paryża. W stolicy kończyła studia w zakresie lingwistyki stosowanej. Przeprowadzka do Tuluzy była decyzją raczej spontaniczną; Marie pojechała tam dla swojego chłopaka.
– Po czterech miesiącach mieszkania razem chłopak stał się byłym chłopakiem – zaśmiała się. – Kłóciliśmy się o wszystko! Wojna poranna, popołudniowa i wieczorna. W końcu oboje uznaliśmy, że ten związek nie ma sensu. I to była chyba nasza jedyna zgodna decyzja.
Peter patrzył na nią z uśmiechem. Co by dał, by w podobny sposób podchodzić do kończących się związków...
Ciotka Gerta dla odmiany zrobiła nieco potępieńczą minę.
– Ty się kiedyś doigrasz.
– A niby czemu? – Marie spoważniała. – Bo nie chcę być z kimś za wszelki... wszelką cenę? Moi rodzice próbowali być ze sobą na siłę i nic dobrego z tego nie wynikło.
Peter przesuwał wzrokiem od Grety do Marie, ale kobiety chyba się zreflektowały i nie kontynuowały tematu problemów rodzinnych.
– W każdym razie – podjęła Marie – po rozstaniu z Adrienem zostałam w Tuluzie. Spodobało mi się tam.
Od tamtego momentu mieszkała sama, co bardzo sobie chwaliła. Mogła zapraszać, kogo chciała, gasić światło, kiedy chciała, gotować, co chciała i słuchać muzyki, jakiej chciała. Gdy miała ochotę na kontakt z ludźmi, spotykała się ze znajomymi, ale na co dzień nikt nie ograniczał jej przestrzeni życiowej.
Peter zdał sobie sprawę, jak bardzo różni są pod tym względem. On, wychowany w licznej rodzinie, gdzie każdy miał swoje obowiązki i panował z góry ustalony porządek i ona, która, ot, tak wyjechała do obcego miasta, a po rozstaniu z partnerem mieszkała tam sama i żyła według własnych zasad. Jego kariera skoczka narciarskiego, z z góry rozpisanym harmonogramem treningów i zawodów kontra jej praca tłumaczki, która co prawda musiała wywiązywać się z określonych terminów, ale mogła to robić w każdym miejscu, każdym czasie i według własnego planu zadań.
Czasem Peterowi brakowało takiego luzu i odzywała się w nim żyłka buntownika, by choć raz rzucić wszystko i jechać gdzieś przed siebie, ale takie myśli szybko mijały. Może była to kwestia wychowania? Może charakteru? A może narzuconej sobie samodyscypliny? W każdym razie na pewno sporego realizmu życiowego, bo wszystko, co osiągnął, zawdzięczał właśnie ciężkiej pracy. Marie mogła pozwolić sobie na takie nagłe wolty w życiu, on nie. Nigdy i... i dla nikogo. 

_______________

Odcinek bez szału, wymęczył mnie tragicznie. Początkowo miałam plan dociągnąć go aż do końca tej nieszczęsnej kolacji, ale uznałam, że muszę uciąć, by nie zwariować i nie wracać więcej do tego fragmentu. Nie uważam go za wybitnie tragiczny (gdybym tak myślała, nie wstawiłabym go), jednak daleko mu do perfekcji. Bywa, że jakieś kawałki pisze się lekko, wręcz od ręki i wychodzą dobrze, a praca nad innymi to istna orka na ugorze. Ten jest właśnie z gatunku owych wymęczonych. Pocieszam się tym, że nieco dalej mam napisane dwa fajne fragmenty :P
Tak czy owak, miłego czytania:)