czwartek, 26 maja 2016

Odcinek 7

*    *    *

Słońce przeszło już wyraźnie na zachodnią część nieba.
Marie, odkąd tylko znalazła się w swoim pokoju hotelowym – to znaczy od ponad godziny – nie zrobiła nic poza umyciem twarzy i rąk oraz przebraniem się. Czuła się koszmarnie. Wyszła na totalną idiotkę, która jechała przez pół Niemiec po to, by wziąć udział w imprezie urodzinowej swojego... no właśnie, kogo? Kolegi? Znajomego? Przecież nie przyjaciela. Na dodatek imprezie, która nie istniała, bo delikwent obchodził urodziny dopiero za półtora miesiąca. Jak mogła być tak głupia! Jakim cudem nie sprawdziła w Internecie, kiedy ma urodziny? Jak to się stało, że tego nie widziała? Przecież przeczytała o nim kilka artykułów, parę wywiadów, jakieś relacje z zawodów. Czy tam naprawdę nigdzie nie było informacji, w jakim dniu się urodził? A może była, tylko ona nie zwróciła na to uwagi? Boże, jaka masakra!
Na Domena i jego głupkowaty pomysł nie była nawet w połowie tak zła, jak na siebie. Zrobiła z siebie kompletną kretynkę. Najchętniej zabrałaby teraz nie rozpakowaną nawet walizkę, wsiadła do samochodu i wróciła do Willingen, przenocowawszy po drodze w pierwszym lepszym motelu. Byle nie stawać twarzą w twarz z Peterem.
Przecież on nawet nie chce jej tu widzieć! Niby powiedział, że się cieszy z jej przyjazdu, ale zrobił to tylko z grzeczności. Bo co miał powiedzieć? „Idź sobie, nie zapraszałem cię tutaj”? Jest na to stanowczo zbyt dobrze wychowany.
A z Domenem jeszcze sobie porozmawia nim ten upokarzający weekend dobiegnie końca i stanowczo poprosi o wyjaśnienia, co też chłopak miał na celu, okłamując ją. Nie wierzyła, że zrobił to jedynie dla czystego wygłupu, albo żeby ją upokorzyć w oczach starszego brata. Jaki to miałoby sens? Przecież nie była dla Petera nikim ważnym, ledwo się znali. Nie wtrącała się w jego życie, nie narzucała mu. Po co Domen miałby ośmieszać ją przed swoim bratem?
Była głodna. Ostatni posiłek jadła około czternastej, na stacji benzynowej. Będzie chyba musiała zadzwonić do recepcji i zapytać, czy mają tutaj room service. Bo do restauracji nie zejdzie za żadne skarby świata! Na pewno nie teraz!
Napisała SMS–a do ciotki Grety, że dotarła spokojnie i wszystko jest okej. Nie chciała dzwonić, bo wiedziała, że ciotka od razu wyczułaby w jej głosie fałsz. A na razie musiała sama przełknąć swoją głupotę i zastanowić się, jak z tego wybrnąć.
Głód dawał się coraz bardzie we znaki i Marie w końcu skapitulowała. Po tym, jak okazało się, iż obsługa hotelowa nie nosi posiłków do pokoi (czego od razu się domyślała, bo hotelowi daleko było do Hiltona), wymknęła się na korytarz, bacząc, czy gdzieś nie przewija się Peter albo Domen. Wiedziała, że zachowuje się idiotycznie, ale nie czuła się jeszcze gotowa na konfrontację z którymkolwiek z nich. Na szczęście nie zauważyła nigdzie słoweńskich skoczków.
W restauracji Marie zajęła dwuosobowy stolik pod ścianą, by jak najmniej rzucać się w oczy i zaczęła przeglądać kartę dań. Po pomieszczeniu kręciło się kilka osób z różnych drużyn, o czym świadczyły napisy na ich koszulkach i bluzach. Było nawet dwóch panów w średnim wieku, ewidentnie należących do ekipy słoweńskiej, ale ci dyskutowali o czymś po cichu, pochyleni nad rozłożonymi na stoliku kartkami. Prevców nie dostrzegła.
– Mogę się przysiąść?
Zajęta przerzucaniem stron hotelowego menu, nie zauważyła, kiedy stanął obok niej wysoki, szczupły mężczyzna. Gwałtownie podniosła głowę. Nie był to jednak Peter. Znała skądś tę twarz, ale nie umiała skojarzyć, skąd. Jedno było pewne: należał do drużyny słoweńskiej, świadczyła o tym ewidentnie jego koszulka z napisem „Slovenija” i logami sponsorów.
– Och... Tak, proszę. – Wolałaby zjeść posiłek w samotności, ale nie chciała być niemiła. Tym bardziej, że mężczyzna wyglądał na starszego od niej i nie na podrywacza.
– Przepraszam, jeśli cię z kimś mylę – zajął miejsce naprzeciwko dziewczyny – ale chyba jesteś Marie, prawda? Znajoma Petera?
– Tak, ale... Może pytam głupio, ale mam wrażenie, że skądś się znamy, tylko nie umiem skojarzyć, skąd.
– Robert Kranjec – uśmiechnął się. – Poznaliśmy się w Willingen. Peter przyprowadził cię na chwilę do boksu.
– Och, faktycznie. – Poczuła ulgę. – Przepraszam, że cię nie poznałam, nie mam pamięci do twarzy.
– Nie szkodzi. Też przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy to na pewno ty. Ale takie włosy są charakterystyczne.
Mówił to z uśmiechem, ale Marie nie wyczuła w jego głosie żadnych flirciarskich nut. Była na to wyczulona, bo często się zdarzało, że jeśli jakiś facet chciał ją poderwać, zaczynał od komplementowania jej włosów. Taka burza loków nie była często spotykaną fryzurą, zwłaszcza jeśli pochodziła z natury, a nie salonu fryzjerskiego.
– Pewnie wszyscy już wiecie, że tu jestem – skrzywiła się. – Oczywiście musiałam natknąć się w tym diabelnym hallu na całą drużynę. A minę Petera pod tytułem „Co ty tu, u licha, robisz?” będę pamiętać chyba do końca życia.
Nim Robert zdążył odpowiedzieć, podszedł kelner, pytając, czy może przyjąć zamówienie.
Z pokoju nie chciałeś przyjąć, wredny gadzie.
Marie poprosiła o tosty z mozzarellą, sałatkę grecką i zieloną herbatę. Jej skurczony z głodu i nerwów żołądek raczej nie przyjąłby bardziej obfitego posiłku. Robert ograniczył się do soku grejpfrutowego.
– Nie patrz tak na mnie, my naprawdę jemy – zażartował. – Po prostu jestem już po kolacji.
– Okej.
Zastanawiała się, dlaczego słoweński skoczek przysiadł się do niej i o czym zamierzał rozmawiać, ale nie chciała pytać prostu z mostu. Skoro on przyszedł, niech sam zacznie temat.
– Peter nie jest na ciebie zły, nie obawiaj się. – Robert nie dał jej długo czekać. – Po prostu był zaskoczony. Za to Domena opieprzył tak, że pół piętra słyszało.
– Super. Brakuje mi jeszcze tego, by być powodem awantury rodzinnej.
Po etapie wściekłości na samą siebie nadeszła faza sarkazmu. Im Marie poznawała więcej szczegółów tej afery, w środku której się znalazła, tym większą ochotę miała strzelić sobie w łeb. A w łagodniejszym i bardziej racjonalnym wydaniu: uciec stąd, gdzie pieprz rośnie i nigdy więcej nie pokazywać się braciom Prevc na oczy.
– Chłopak odwalił głupotę i tyle – kontynuował Robert. – Sam nie wiem, co mu do łba strzeliło. Młody jest i narwany. Ale jestem pewien, że chciał dobrze.
– Tak? A to ciekawe. Bo zachodzę w głowę, co też nim kierowało.
– Hmm, no cóż... – Robert wyglądał, jakby zastanawiał się, czy brnąć dalej w ten temat, czy też odpuścić. Ale skoro powiedział A, należało powiedzieć też B. – Mogę się mylić, ale sądzę, że chciał po prostu, by Peter trochę wyluzował.
Myśli Marie stały się czarne jak koszulka, którą akurat miała na sobie. Wyluzował? A co to, do diabła, za fraza?
– Przepraszam, ale co masz na myśli?
– Nic złego, spokojnie – uśmiechnął się Robert. – Po prostu... Domen chyba trochę martwi się o Petera.
– W jakim sensie? – Zmarszczyła brwi. – Nie zauważyłam, żeby z Peterem było coś nie w porządku.
Robert zrobił zakłopotaną minę. Może głupio postąpił przysiadając się do Marie i rozpoczynając te rozmowę? Ale z drugiej strony chyba lepiej, jak dziewczyna otrzyma trochę informacji przekazanych w dobrej wierze.
– Peter jest ambitny – zaczął ostrożnie. – Bardzo. Nie mówię, że to coś złego, wszak pracowitość i ambicja zaprowadziły go na szczyt, ale czasem odnoszę wrażenie, że jedyne, co on ma, to skoki. Podporządkował temu swoje życie. Na skoczni żyje, a poza nią wydaje się cholernie zagubiony i samotny, chociaż za nic się do tego nie przyzna. Wiesz, jestem stary i... nie, nie zaprzeczaj, jak na skoczka jestem... i dużo widziałem. Pamiętam, jak Peter dołączył do drużyny. Od razu widać było, że ma talent, chociaż nie wystrzelił momentalnie na szczyt, jak na przykład Schlierenzauer.
– To chyba okej, nie? – wtrąciła trochę niepewnie Marie. – Nie odwaliła mu sodówka.
– Tak, to prawda. Peter zawsze miał poukładane w głowie. Do wszystkiego podchodził cholernie metodycznie, krok za krokiem, ćwiczył każdy element do upadłego. Dla niego skoki to praca, w której chce być doskonały. Nie ma w sobie dzikiej fantazji, którą odznacza się chociażby Domen.
– Ehm, to dobrze czy źle?
Marie nie bardzo rozumiała, do czego Robert zmierza. Jak na razie to, co mówił, stawiało starszego Prevca raczej w pozytywnym świetle. Jawił się jako człowiek utalentowany, pracowity, konsekwentny w dążeniu do celu... Nawet jeśli był trochę nadambitny, to czy to coś złego? Lenie w sporcie nie dochodziły do niczego. A brak „dzikiej fantazji” na skoczni też raczej stanowił pozytywną cechę, nieprawdaż? Marie nie była wielką znawczynią tej dyscypliny, ale pamiętała swoje spostrzeżenia z zawodów w Willingen: agresywny, dynamiczny lot Domena, który wywoływał w niej lęk o bezpieczeństwo nastolatka i spokojny, pewny, wyćwiczony skok Petera. U tego drugiego nie było nic przypadkowego. Czuła, że nawet gdyby zdarzyło się coś niespodziewanego, na przykład mocniejszy podmuch wiatru, Peter sobie poradzi.
Ale może się myliła?
– Niby dobrze, ale... Kurczę, nie umiem ci tego do końca wytłumaczyć... Widzisz, Peter to dość specyficzny człowiek. Wydaje się bardzo pewny siebie, niektórzy nawet twierdzą, że jest zarozumiały, ale to tyczy się tylko skoków. Poza skocznią ma w sobie masę niepewności. Przez całe lata kibice i media zajmujące się naszą dyscypliną miały go za ponuraka i mruka. Nie uśmiechał się, nie robił zabawnych min do kamery, nie machał publiczności, chodził ze spuszczoną głową... Miał gigantyczne kompleksy, które, podejrzewam, nadal gdzieś w nim siedzą.
Marie zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie wie o Peterze Prevcu. Mogła wiedzieć, że ma urodziny dwudziestego września (tę datę zapamięta do końca życia!), pochodzi z małej wioski Dolenja Vas, ma czwórkę rodzeństwa, zdobył mistrzostwo tego czy medal tamtego, ale była kompletną ignorantką jeśli chodziło o jego myśli, uczucia, poglądy, a nawet przeszłość. Fakty, które znała, równie dobrze mogła wyczytać z Wikipedii. Natomiast to, co mówił w tym momencie Robert, otwierało przed nią zupełnie nowy obraz słoweńskiego mistrza.
Kelner przyniósł zamówione przez nią jedzenie, ale ledwo zwróciła na ten fakt uwagę.
– Kompleksy na punkcie czego? – zapytała cicho.
– Przypuszczam, że wyglądu. Ale nie będę ci zdradzał szczegółów. Jeśli on kiedyś zechce, sam ci wszystko opowie. Nie jestem psychologiem, Marie, ale sądzę, że właśnie dlatego tak mocno skupił się na doskonaleniu w skokach. Chciał w czymś osiągnąć mistrzostwo. Żeby inne cechy, na które zwracają uwagę ludzie, zeszły na dalszy plan.
Marie nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć. W głowie miała istną plątaniną myśli. Zauważyła, że Peter jest dość nieśmiałym człowiekiem – czemu teoretycznie powinna przeczyć dyscyplina sportu, która uprawiał – ale żeby jego życie niszczyły kompleksy? Nie, tego zdecydowanie by o nim nie powiedziała. Przecież uśmiechał się, żartował i wydawało się to szczere. Nie było w jej mniemaniu maską, mającą ukryć nieszczęśliwe wnętrze. Umiała coś takiego rozpoznawać: często ludzie, którzy czuli się niepewnie, ukrywali swoje prawdziwe uczucia za fasadą głośnego śmiechu, wygłupów, prób zwrócenia na siebie uwagi za wszelką cenę. Ale Petera to nie dotyczyło.
– Widzę, że się przejęłaś tym, co mówię – zauważył Robert. – Nie martw się, to było dawno. Potem Peter zaczął odnosić sukcesy, przeszedł operację, spotkał dziewczynę, w której się zakochał...
Marie chyba wreszcie pojęła sens tej rozmowy i ta świadomość uderzyła ją z całą mocą.
– Jeśli wszystko, co opowiadasz, ma na celu uświadomienie mi, że Peter ma dziewczynę i żebym się odwaliła, to mogę cię zapewnić, że ja i on...
– Hej, hej, hej, spokojnie – wpadł jej w słowo Robert, który ledwo rozumiał, gdy tak szybko mówiła. – Nie to miałem na myśli. Poza tym Peter nie ma dziewczyny.
– Przecież sam przed chwilą powiedziałeś...
– To nieaktualne. Rozstali się. Nie mówił ci?
A niby dlaczego miał mi mówić?
Marie przypomniała sobie fragmenty rozmowy podczas kolacji w Willingen. To, jak Peter żartobliwie mówił o ograniczeniach długości skoku i jego „Ja skaczę najdalej” jako odpowiedź na podchwytliwe pytanie ciotki Grety. Nie zwróciła wówczas na te słowa uwagi, bo nie miało dla niej żadnego znaczenia, czy jest sam, czy też spotyka się z jakąś dziewczyną. A teraz miało...?
– Nie. – Marie wreszcie zabrała się za swoje stygnące już powoli tosty. – Nie zwierzamy się sobie z przeszłości, zwłaszcza nieprzyjemnej.
– Zerwali ze sobą w tym roku, chyba w lutym czy marcu – mówił dalej Robert, choć wcale nie zapytała o detale. – Nie wiem, co było powodem, ale Peter mocno to przeżył. Chyba wiązał z nią poważniejsze plany. W każdym razie wszystko się rozsypało, a problemy osobiste odbiły się na jego skokach. Sezon skończył oczywiście na pierwszym miejscu, bo wcześniej wypracował taką przewagę, że mógłby wyjechać na Karaiby i leżeć pod palmą, a i tak by dostał tę Kulę, ale pod koniec nie skakał już tak genialnie, jak w grudniu czy styczniu. Myślałem, że wiesz...
Nie wiedziała. I teraz czuła się bardzo dziwnie, rozmawiając o życiu osobistym Petera z jego kolegą z kadry.
Marie nie była osobą wścibską, nie wciskała nosa w cudze sprawy i nie pasjonowała się tanimi sensacjami. Może dlatego też nie szukała w internecie dokładniejszych informacji o Peterze Prevcu, po tym, jak poznali się dwa tygodnie temu. Nie wpisywała maniakalnie w Google haseł z nim związanych, nie grzebała po portalach plotkarskich. Przeczytała tylko kilka artykułów, ale dotyczyły głównie osiągnięć sportowych słoweńskiego skoczka, a jego profil na Facebooku był dość „neutralny” – żadnych nadmiernie osobistych informacji, wynurzeń czy zdjęć. Dodatkiem było to, co sam jej powiedział. Z tej układanki wyłaniał się obraz Petera jako zdolnego zawodnika, lubianego w drużynie kolegi, człowieka silnie związanego z rodziną, kochającego sport i przyrodę. Tymczasem za sprawą Roberta Kranjca obraz ten został uzupełniony o zupełnie nowe barwy.
– A uważasz, że ta wiedza jest mi do czegoś potrzebna? – odezwała się po dłuższej chwili zamyślenia, połączonego z bezwiednym grzebaniem widelcem w sałatce.
– Zależy, co zamierzasz.
– Nic nie zamierzam. – Marie gwałtownie podniosła głowę. – Dlaczego uważasz, że mam jakieś plany? Wiem, że mój przyjazd tutaj wygląda dziwnie, ale naprawdę nie jestem jakąś zwariowaną stalkerką, ani wyrachowaną babą, która zasadziła się na młodego, znanego sportowca. Okej, przyznaję, mój błąd, że nie sprawdziłam dokładnie, kiedy Peter ma urodziny, ale cały ten durny pomysł zrodził się w głowie Domena. Więc bardzo proszę, przestańcie mnie podejrzewać Bóg wie o co.
– Nikt cię o nic nie podejrzewa. – Robert uśmiechnął się przyjaźnie i mina ta wydawała się szczera. – Wręcz przeciwnie: uważam, że jesteś właśnie taką osobą, jaka powinna znajdować się przy Peterze. I mniejsza, czy jako jego koleżanka, przyjaciółka, dziewczyna...
Marie totalnie zaskoczyły jego słowa.
– To znaczy, jaką?
– Dorosłą, poukładaną życiowo, mającą swoje zdanie. A jednocześnie nie nudną. Taką, która by wyciągnęła tego matołka z jego zamkniętych ram, a przy tym nie rozwalała całego jego świata.
– Skąd możesz wiedzieć, jaka jestem? – parsknęła. – Ledwo się znamy.
Robert wzruszył ramionami i zrobił minę w stylu „Swoje się w życiu wie”.
– Tak mi się wydaje – rzekł dyplomatycznie. – Poza tym Peter trochę mówił. Sam z siebie niewiele, trzeba było z niego wyciągać informacje podstępem, ale co nieco wyśpiewał.
– A po co wam ta wiedza, hm? Wy zawsze tacy ciekawscy?
– Cóż, jesteśmy wszyscy jak jedna rodzina. Czasem co prawda patologiczna, ale zawsze.
Marie prychnęła.
– Wywierasz na mnie presję, wiesz? – Ugryzła kawałek tosta i przeżuła szybko. – W kwestii tego, że powinnam być przy Peterze. A może ja zaraz po kolacji stąd wyjadę? Albo ewentualnie przesiedzę tu weekend, a potem wrócę do Francji i nigdy więcej nie skontaktuję się z Peterem? Albo on się do mnie już nie odezwie? Może to zwykła przelotna znajomość, hę?
– Może. Ale nie wydaje mi się. Myślę, że Peter polubił cię na swój sposób, tylko ma problem z okazaniem tego. Bo on nie ufa kobietom i trzyma je na dystans.
– Z powodu swojej byłej? – zmarszczyła brwi.
– Też. I ogólnie z powodu tego, jak postrzega siebie. I z powodu fanek, które nagle się nim zainteresowały, gdy zaczął odnosić sukcesy. Ale... chyba już wystarczająco go obgadaliśmy. Ja uciekam, trochę jeszcze pobiegać przed snem. A tobie życzę smacznego. I miłego pobytu w Klingenthal. – Wstał od stolika. – Aha, i jeszcze w kwestii Petera...
– Tak?
– Nie zrań go, Marie, obojętnie, jak poukłada się wasza znajomość.
I odszedł, zostawiając dziewczynę z głową pełną sprzecznych myśli. 

______________________

 
Więcej nie wymyślę ;) Odcinek był napisany już jakiś czas temu, wprowadziłam tylko niewielkie poprawki. Myślę, że wszystko co najważniejsze zostało już w nim zawarte i nie ma co rozwlekać na siłę. Dla mnie osobiście to jeden z ważniejszych fragmentów, bo niby nic się w nim nie dzieje, ale rzuca sporo światła na osobę Petera. Mam nadzieję, że rysuję go w miarę prawdopodobnie.
Co do kolejnej części, to z bólem przyznam, że nie napisałam jeszcze ani jednego zdania :P To chyba pierwsza taka sytuacja. Wiem, co ma się tam znaleźć, ale muszę te wizje przekuć w formę widzialną. Nie wiem, kiedy opublikuję nową część, bo mam ostatnio trochę różnych rzeczy do ogarnięcia i pewnie czekają mnie jakieś wyjazdy. Takie jakby pokłosie powiedzenia „Stara miłość nie rdzewieje”? :P Ale postaram się nie zaniedbać Petera ;)
Pozdrawiam wszystkich :*

środa, 4 maja 2016

Odcinek 6

 *    *    *

Ohh, from the minute you walked in my life
I've never felt so alive, cause everything I did was wrong,
Now everything I do feels right...*
Uhm, to, co właśnie odwalam, feels right jak jasna cholera, pomyślała Marie sarkastycznie, zmieniając stację radiową.
Niemiecka autostrada numer 4 zdawała się nie mieć końca, a z tablic informacyjnych wynikało, że Marie znajdowała się dopiero na wysokości zjazdu na Jenę. Od finiszu podróży, czyli Klingenthal, dzieliło ją jeszcze grubo ponad sto kilometrów.
– Ja postradałam rozum – powiedziała do siebie chyba po raz tysięczny od wtorku, czyli dnia, w którym odebrała telefon od Domena Prevca.
Propozycja, jaką Domen miał dla Marie Asther, była generalnie prosta: chłopak organizował dla swojego starszego brata małą imprezę z okazji zbliżających się urodzin. Imprezę – niespodziankę. Chciał sprosić kolegów z ekipy i kilku znajomych Petera, a pomysł zaproszenia Marie zrodził się w jego głowie pod wpływem superlatywów, w jakich Peter wyrażał się o swojej nowej znajomej. Tak przynajmniej sprawę przedstawił – swoim nieco kulawym angielskim – Domen. Marie była zdziwiona, wszak Peter ani w Willingen, ani podczas krótkich rozmów na Facebooku nie wydawał się być szczególnie zafascynowany jej osobą – w jakikolwiek sposób. Owszem, złapali ze sobą dobry kontakt, miło się im rozmawiało, ale to tyle. Żadnych wielkich emocji. Tymczasem z relacji Domena wynikało coś zgoła innego. Choć w zasadzie... Peter Prevc był osobą bardzo skrytą, raczej nie ujawniającą emocji i może tylko przy bracie pozwalał sobie na szczerość?
Marie nie czuła się jakoś szczególnie podekscytowana wyznaniami Domena, ale zrobiło się jej miło. Mimo to nie była przekonana do podróży. Miasteczko Klingenthal leżało przy granicy niemiecko – czeskiej, dobre kilkaset kilometrów od Willingen, nie wspominając nawet o Tuluzie. Ponadto plan Domena wydawał się dziewczynie wyjątkowo dziurawy. Po jakie licho młody Prevc spraszał wszystkich do Klingenthal, skoro mógł zorganizować tę imprezę w Słowenii, w wolnym od skoków czasie? I jak chce ukryć przygotowania przed czujnym Peterem? Co z zakwaterowaniem wszystkich w hotelu? Domen jednak na każde jej pytanie miał przygotowaną odpowiedź. A co do pokoju w hotelu, obiecał, że wszystkim się zajmie.
I Marie, dziwiąc się samej sobie, skapitulowała.
W zasadzie, co jej zależy? Trwały wakacje, tłumaczenie artykułu (prawie) skończyła, do rozprażonej słońcem Tuluzy nie miała na razie ochoty wracać, ale też zaczęło się jej nudzić Willingen ,taras ciotki Grety i towarzystwo Wladimira. A jako że usterka w samochodzie została naprawiona, droga stała przed Marie Asther otworem. Głupia w swych założeniach wyprawa do Klingenthal mogła być miłą odskocznią od codzienności.
I'm on the highway to hell, on the highway to hell,** dobiegało z radia.
Optymistyczne jak cholera, pomyślała Marie. Jak pamiętała, była to ulubiona piosenka jej ojca.
Może miała coś z niego? Tę odzywającą się momentami tendencję do podejmowania zwariowanych, spontanicznych decyzji, pozornie – lub faktycznie – bez sensu? Taką chęć smakowania życia? Jak wtedy, gdy wyjechała do Tuluzy? Albo gdy tuż przed końcowymi egzaminami w szkole średniej dała się namówić koleżance i pojechała z nią do Niemiec na koncert Tokio Hotel, nawet nie będąc fanką zespołu? Marie do tej pory wspominała te dwie noce spędzone w namiocie pod halą w Oberhausen... Albo gdy wybrała się w towarzystwie Celine samochodem do Portugalii, nie rezerwując wcześniej noclegu i w efekcie lądując w mocno podrzędnym hostelu? Wycieczka do Klingenthal wpisywała się w ten ciąg.
Marie lubiła swoją pracę, swoje wynajmowane mieszkanie, swoich przyjaciół – chciała zawsze mieć do czego wrócić. Nie mogłaby, tak jak ojciec, włóczyć się po całym świecie, pomieszkując i pracując gdziekolwiek – i cały czas goniąc jakieś ułudne, niezdefiniowane marzenia. To chyba trzeba mieć w naturze, a ona owej cechy nie posiadała. Ale czasem odczuwała potrzebę przesunięcia granicy i przeżycia czegoś szalonego.
Jedź, nawet się nie zastanawiaj, powiedziała Greta, gdy Marie zdradziła jej pomysł Domena. Uważnie przy tym obserwowała ciotkę, chcąc uchwycić jej reakcję, ale ta zdawała się być całkowicie naturalna. To przesądziło o ostatecznej decyzji.
Trudno, najwyżej zapiszę to doświadczenie do listy wariactw, jakich się dopuściłam, pomyślała Marie, mknąc swoim Citroenem poniemieckiej „czwórce", z uśmiechem podśpiewując „Don't stop me now" Queen.

*    *    *

Hotel wyglądał na porządny, choć nie przesadnie luksusowy. Marie zostawiła samochód na parkingu (Domen nie wspominał, czy zapłacił za parking, ale postanowiła, że nie będzie go o to pytać i sama ureguluje należność) i skierowała się ku wejściu. Gdy dopełniła wszelkich formalności, blondynka w służbowym uniformie wręczyła jej kartę do pokoju, uśmiechając się uprzejmie.
– Życzymy miłego pobytu w Klingenthal.
– Marie?
Dziewczyna drgnęła.
O jasna cholera...!
Nie sposób było uciec, udawać, że się nie słyszało, albo że nie jest się Marie Asther. Odwróciła się powoli i stanęła twarzą w twarz nie z kim innym, jak z samym Peterem Prevcem. Jakby tego było mało, w niedużej odległości za swoim liderem czaiło się jeszcze kilku słoweńskich skoczków. Chyba przed chwilą weszli do hotelowego lobby; prawdopodobnie wracali w treningu, bo każdy z nich dzierżył sporą ilość sprzętu narciarskiego.
Jak można mieć takiego pecha?!
Marie złowiła wzrokiem spojrzenie Domena, który wyglądał, jakby chciał się znaleźć milion kilometrów od Klingenthal.
– Ehm... cześć. – Przełknęła ślinę. Starała się zachować jak najbardziej naturalnie, choć jednocześnie w myślach przeklinała własny niefart. W myśl tego, co ustaliła z Domenem, miała pojawić się dopiero na urodzinowej zabawie Petera, a wcześniej trzymać swoją obecność w tajemnicy. Tymczasem już na wstępie plan rozsypał się w drobny mak. Teraz należało przynajmniej spróbować uratować twarz.
– Co ty tutaj robisz? – Na twarzy Petera próżno było szukać oznak radości, co niemiło ukłuło Marie.
– No cóż... jestem. – Zerknęła kątem oka na resztą słoweńskiej drużyny, która dla odmiany była ubawiona, jakby oglądała wyjątkowo ciekawą komedię omyłek. Może z wyjątkiem Domena. – Możemy chwilkę pogadać? Na osobności?
Peter obejrzał się przez ramię, zaciskając zęby.
– Tak, jasne. – Pozbycie się niechcianych obserwatorów chyba było mu na rękę.
Powiedział coś po słoweńsku do jednego ze swoich kolegów (pewnie poprosił, by ten wziął kartę do pokoju z recepcji), po czym odszedł wraz z Marie nieco na bok, z dala od zasięgu słuchu swoich ciekawskich towarzyszy.
– A zatem?
Marie poczuła się nagle jak uczennica musząca wytłumaczyć się przed srogą nauczycielką, że coś przeskrobała. Chłodne zachowanie Petera spowodowało, że przyjazd do Klingenthal wydał się jej nagle bardzo kiepskim pomysłem.
– Jesteś zły, że mnie widzisz? – Postanowiła najpierw wybadać jego nastrój.
– Nie. – Peter lekko zmarszczył brwi, ale nadal na jego ustach nie pojawił się uśmiech. – Po prostu jestem zaskoczony. Nie mówiłaś,że wybierasz się do Klingenthal.
– Bo się nie wybierałam.
Zmarszczka między brwiami Prevca pogłębiła się. Marie uznała, że chyba najlepiej zrobi, jeśli wyjawi prawdę. Na gorąco i tak nie umiała wymyślić żadnej przekonującej wymówki. Niech Domen się potem tłumaczy przed bratem. Zresztą zauważyła, że patrząc na nią, machnął ręką, jakby tym gestem dawał jej przyzwolenie.
– Cóż... Skoro i tak wszystko się posypało, nie będę ściemniać: twój brat mnie poprosił.
– Domen???
– Tak.
– Żebyś tu przyjechała?
– Tak.
– Ale z jakiegoś konkretnego powodu?
– Nie... Znaczy, tak... Och, to miała być niespodzianka! – Marie chciała mieć to okropne przesłuchanie jak najszybciej za sobą. – Tylko nie wyszła.
– Niespodzianka?
– Tak, na urodziny.
– Czyje?
W tym momencie Marie poczuła się zdezorientowana. Jak to, do cholery, czyje?! Przecież nie Arnolda Schwarzenegera! Zapomniało własnych urodzinach?
– No... twoje przecież.
Peter wytrzeszczył oczy.
– Moje??? Ale... Kto ci coś takiego powiedział?
Marie coraz bardziej zaczynała tracić grunt pod nogami. Zdziwienie Petera było tak wielkie, że w żadnym wypadku nie mogło być udawane. Coś tu było diametralnie nie w porządku.
– Domen. – Jej wzrok automatycznie pobiegł w stronę recepcji, ale młodszy Prevc zdążył się już stamtąd ulotnić. – Powiedział, że chce ci zorganizować taką małą imprezę i że będzie ci miło, jak wpadnę i... Przecież niedługo masz urodziny, prawda?
– Ja mam urodziny dwudziestego września.
Marie miała wrażenie, jakby dostała obuchem w głowę. Dwudziestego września???
– Poza tym nigdy nie robię imprez z tej okazji – kontynuował Peter, kompletnie oszołomiony. – Nie lubię imprez. I Domen dobrze o tym wie.
Wpatrywali się w siebie, totalnie zdezorientowani, choć każde z innego powodu. Marie zaczynała zdawać sobie sprawę, jak wielką głupotę popełniła, przyjeżdżając do Klingenthal.
– Peter, ja przepraszam...
– Przyjechałaś, bo mój brat ci powiedział, że mam urodziny? – Prevc zdawał się puścić jej słowa mimo uszu.
Milczenie Marie było dla niego wystarczającą odpowiedzią. Warknął do siebie coś po słoweńsku. Dziewczynie zdawało się, że usłyszała imię Domena, ale wcale nie poprawiło jej to nastroju. Czuła się jak skończona idiotka, miała w tym momencie ochotę zapaść się pod ziemię. Jej zwykła swoboda, czy wręcz pewna nonszalancja, zupełnie wyparowała w zetknięciu z chłodnym zdziwieniem Petera Prevca, a po dobrym nastroju, jaki towarzyszył jej w drodze, nie został nawet ślad.
– Chyba... – Przełknęła ślinę, ujmując rączkę walizki. – Chyba najlepiej będzie, jak sobie pójdę.
Dobrze, że słoweńscy skoczkowie zdążyli już pozbierać swój sprzęt i udać się do windy, bo musiałaby w drodze ku drzwiom przedefilować przed nimi, łykając swoje upokorzenie. Boże, chyba nigdy w swoim życiu tak się nie wygłupiła! Plus chociaż taki, że to wszystko szybko się skończyło.
– Marie, zaczekaj. Dokąd idziesz?
Odwróciła się.
– Wracam do Willingen, nic tu po mnie.
– Zwariowałaś? – Peter podszedł do niej. – Dopiero co przyjechałaś. I to taki kawał drogi. Zostań.
– Po co? Nic tu po mnie.
– Nieprawda. Ja... cieszę się, że jesteś. – Na jego usta po raz pierwszy wypłynął nikły uśmiech. – Po prostu byłem zaskoczony.
Marie wzięła głęboki oddech, by opanować myśli i emocje.
– Peter, przepraszam. Naprawdę uwierzyłam, że Domen organizuje ci te urodziny...
– Z nim pogadam sobie inaczej. – Głos Petera zabrzmiał twardo. – Nie jesteś winna jego głupocie. Proszę, zostań.
Spojrzała w jego nieco smutne oczy i powoli, bez przekonania, kiwnęła głową.

                                                                     *    *    *

Domen wiedział, co się szykuje, gdy tylko usłyszał szybkie kroki na korytarzu. A gwałtowne pukanie do drzwi tylko utwierdziło go w przeczuciach. Nie zamierzał udawać, że nie ma go w pokoju; lepiej mieć już wszystko za sobą. Otworzył i do środka wparował jego starszy brat. Powiedzieć, że wyglądał, jakby trzaskały od niego pioruny, to zdecydowanie za mało.
– To ja was może zostawię samych. – Współlokator Domena, Jaka Hvala, szybko się ewakuował.
Gdy tylko za chłopakiem zamknęły się drzwi, Peter przystąpił do ataku.
– Co to miało, do cholery, znaczyć?! Po co ją tu ściągnąłeś?
Domen, iście po prevcowsku, wzruszył ramionami.
– Aż tak jej nie znosisz, że nie chcesz jej widzieć?
– Nie odwracaj kota ogonem, Domen! To, czy ją lubię czy nie, nie ma nic do rzeczy! Liczy się, że odwalasz jakieś głupie gierki, kłamiesz, robisz ze mnie idiotę, a Marie ciągniesz dobre pięćset kilometrów na friko.
– Czterysta dwadzieścia dwa – poprawił Domen. – Sprawdzałem w Google Maps.
– Nie wkurwiaj mnie jeszcze bardziej! – Na Petera pełen wesołkowatego zadowolenia głos brata działał niczym płachta na byka. Gówniarz wydawał się nic sobie nie robić z afery. – Nie znoszę takich sytuacji, rozumiesz?! Nie cierpię, jak ktoś robi coś za moimi plecami!
– Ty w ogóle nie znosisz, jak coś wymyka się twojej kontroli, Peter. – Domen gwałtownie spoważniał. – Jak coś jest nie tak, jak sobie uplanowałeś, zapisałeś i wytrenowałeś.
– Nie baw się tu w psychoanalityka, dobra? Nie mam na to czasu ani ochoty. Do rzeczy: jaki miałeś cel w zmuszaniu Marie, by tu przyjechała? Szczerze. Bo to, że nie robisz dla mnie żadnej imprezy, jest raczej oczywiste.
– Ty naprawdę myślisz, że ją dałoby się do czegoś zmusić? Chciała, to przyjechała, proste.
– Bo naopowiadałeś jej głupot! A gdyby sprawdziła w necie, kiedy naprawdę mam urodziny? Albo wygadała mi się, że przyjedzie? Hę? Wziąłeś to po uwagę, Einsteinie?
– Wziąłem. Opcja druga nie wchodziła w grę, bo powiedziałem, że to ma być niespodzianka. A pierwsza...? Po prostu bym naściemniał, że sezon kończy się przed dwudziestym września i już nie będzie okazji, żeby odwalić imprezę. Boże, Peter, ja nie kumam, z czego ty robisz taki problem! Marie przyjechała, bo cię lubi, to jasne jak twoje cholerne medale! Więc zamiast się tu na mnie wydzierać, idź do niej, wyjdźcie gdzieś i zabaw się!
– Zabaw? – Peter nie wierzył własnym uszom. – ZABAW?!
– Nie mówiłem o tym, o czym ty zapewne teraz pomyślałeś. – Domen uśmiechnął się wrednie. – Choć nie przyznałbyś się do tego nawet na łożu tortur.
– Domen, jeszcze jedno słowo...
– I co? Powiesz trenerowi, żeby mnie wywalił z drużyny? Dasz mi w pysk? Naskarżysz rodzicom? Ja pierniczę, Peter, weź ty raz w życiu wyluzuj! Zrzuć ten pancerz Pana Idealnego Pozbawionego Emocji. Przyjechała fajna laska, która najwyraźniej czuje do ciebie miętę, skoro tłukła się tutaj przez pół Niemiec, a ty tracisz czas na ochrzanianie mnie. Nie lubisz jej?
– Owszem, lubię, ale to niczego nie zmienia!
– A niby czemu? Bo raz się sparzyłeś i masz zamiar żyć w celibacie do końca swoich dni?
– Nie mieszaj się do mojego życia prywatnego! – Perfidnie wyciągnięte przez Domena wspomnienie gwałtownie podniosło w Peterze poziom złości. – To nie twoja cholerna sprawa!
– O mój Boże, życia prywatnego! – zakpił młodszy. – To ty w ogóle masz jakieś? Myślałem, że istnieją dla ciebie tylko skoki. A nie, przepraszam! Wszak wieczorami siedzisz w swoim pokoju i czytasz książki albo oglądasz filmy psychologiczne. Faktycznie, wyjątkowo udane życie prywatne!
Ironiczny ton Domena sprawiał, że Peterowi odjęło mowę z wściekłości. Ale brat jeszcze z nim nie skończył.
– Izolujesz się od drużyny, nie mówiąc nawet o reszcie ekip. Wszystkim się wydaje, że zadzierasz nosa. Nikt nie lubi ponuraków, Peter!
Dla starszego z braci cała ta „rozmowa” zaczynała przybierać coraz bardziej paranoiczny obrót.
– Co ty pieprzysz, Domen?!
– To, co wszyscy widzą, a nikt nie powie ci tego w twarz. Że robisz się zgorzkniały jak stara baba. Dostałeś w marcu tę swoją wymarzoną kulę, a nadal ci źle. A wiesz, dlaczego? Bo boisz się ludzi i nie ufasz im.
– Jakbyś nie zauważył przez całe siedemnaście lat swojego życia, taki mam charakter! Nie jestem zbyt towarzyski, powinieneś to dostrzec już raczej dawno.
– Tu nie chodzi o charakter, Peter. – Domen trochę stonował głos. – Wiem, że nie jesteś duszą towarzystwa. Ale ty uciekasz od ludzi, chowasz się w jakimś swoim cholernym pancerzu. Myślisz, że nie widzę? To się nasiliło po tej sprawie z Larą.
– I niby sprowadzenie tutaj Marie ma mi pomóc, tak? – Peter mimo wszystko bardziej poczuł się dotknięty ostatnimi spokojnymi słowami brata niż jego wcześniejszą ironią. Czuł, jakby ktoś dobrał się do najgłębszych pokładów jego osobowości. – To jakaś nowatorska metoda psychoterapii autorstwa doktora Domena Prevca?
– Daj sobie spokój z tą złośliwością, okej? Chciałem dobrze, idioto. Wiedziałem, że wszystko wyjdzie na jaw i ty będziesz się na mnie darł, a ona pewnie będzie mieć pretensje, a mimo to zrobiłem co zrobiłem i nie żałuję. Bo chcę ci pomóc. Jesteś moim bratem, do cholery jasnej! Więc teraz dam ci radę: idź do Marie, zabierz ją choćby na spacer i po prostu spędź miło wieczór. Bez rozkminiania wszystkiego po milion razy.
Peterowi przeszła już pierwsza złość. Teraz czuł się po prostu fatalnie psychicznie. Wiedział, że długo nie zapomni Domenowi całej tej akcji, a tym bardziej wypowiedzianych w tym pokoju słów. Pewnie mu wybaczy niedługo, bo nie lubił nosić urazy, ale zapomnienie nie przyjdzie prędko – o ile w ogóle.
– Wiesz co, Domen? – Jego głos był zadziwiająco spokojny. – Ja też mam dla ciebie radę. Zostaw– mnie–w spokoju.
I nie obejrzawszy się więcej na brata, wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

____________________

 * We the kings "I like it"
** AC/DC "Highway to hell"

____________________

Ugh, trochę kazałam Wam czekać, nie? Przepraszam, wena nie dopisywała. Poza tym, dziwnie nie lubię pisać wiosną. Wiem, głupota, ale serio tak jest - wiosną wena mi nie dopisuje. 
Odcinek trochę krótszy niż poprzednie, ale tak mi się podzieliło. Następny - choć też krótki - jest już napisany, zatem przerwa nie powinna być tak długa. 
Mam nadzieję, że jakoś w miarę sensownie wybrnęłam z tego głupiego pomysłu Domena :P Marie i Peter musieli się ponownie spotkać, chyba rozumiecie? ;) Ta ich rozmowa w hotelu trochę mi kuleje, choć poprawiałam ją wiele razy. Trudno mi było wyobrazić sobie taką sytuację. Sama pewnie w sytuacji Marie wskazałabym paluchem na Domena i zawołała "To jego wina", ha ha. Żartuję. Zapewne zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, że dałam się wkręcić w taką awanturę. 
Scena kłótni Petera z Domenem została napisana już dawno. Uwielbiam pisać sceny kłótni! I Peter wreszcie pokazał pazury. Chwała Bogu, bo ileż można być grzecznym, nie? ;) 
Miłego czytania! I powodzenia dla maturzystów w dalszych zmaganiach!
Matura i prawo jazdy - moje dwa najgorsze egzaminy w życiu ;D